30 wrz 2014

Szanowni Państwo,

4-go lutego 2008 roku rozpocząłem (na zaproszenie redaktora Igora Hrywny) prowadzenie blogu na internetowej stronie Gazety Olsztyńskiej. Właśnie wczoraj, 29-go września 2014 roku, zakończyłem jego prowadzenie, co było wynikiem „propozycji” redaktora Roberta Zienkiewicza, który napisał do mnie w mailu:

Ma Pan święte prawo do swoich opinii, ale skoro blogi są firmowane marką „Gazety Olsztyńskiej”, to wpis krytykujący „Gazetę” wygląda na schizofrenię. Nie chcę występować w roli cenzora. Może w trosce o Pana swobodę wypowiedzi zakończymy współpracę?”

Owa „schizofrenia” to mój ostatni, zamieszczony przedwczoraj, wpis zatytułowany „O alejach przydrożnych raz jeszcze…” ). Tekst mój dotyczył zamieszczonego w papierowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej artykułu zatytułowanego „Te drzewa trzeba wyciąć”. Oczywiście najpierw (24. 09.) swój tekst wysłałem do pani redaktor naczelnej, a dopiero wczoraj w nocy zamieściłem na blogu, uznając, że Czytelnikom Gazety należy się wyjaśnienie. No i ciąg dalszy jest już  znany….

Po otrzymaniu powyższego maila uznałem, że skoro wyjaśnienie faktycznego stanu, także prawnego (ja wiem co piszę, bo zajmuję się tym tematem od 10 lat i używając przenośni “ zjadłem zęby” na drzewa przydrożnych) zostało ocenione jako “schizofreniczna krytyka Gazety” (a nie tylko złego artykułu) przystałem na „propozycję” redaktora Roberta Zienkiewicza. Tym bardziej, że – w moim przekonaniu – jego mail był próbą cenzurowania i wpływania na moje wypowiedzi!

Tak więc po ponad 6 latach żegnam Czytelników Gazety, a zainteresowanych poruszanymi przez mnie tematami zapraszam na stronę Sadyby (http://sadybamazury.wordpress.com/) lub na FB (https://www.facebook.com/Sadyba.Mazury)

Pozdrawiam serdecznie

Krzysztof Worobiec

 

28 wrz 2014

Na stronie tytułowej Gazety Olsztyńskiej z 19. 09. 2014 r. ze zdumieniem przeczytałem zapowiedź artykułu „Te drzewa trzeba wyciąć”, a następnie wewnątrz numeru z niedowierzaniem przeczytałem dwustronicowy tekst na ten temat. Przyznam, że dawno nie czytałem tak nierzetelnego, niemerytorycznego i stronniczego artykułu (gdzie się podziała słynna dziennikarska obiektywność?).

Rozumiem, że zwykli ludzie, w tym wypadku mieszkańcy gminy Świątki narzekają na stan dróg, a całą winę za wypadki na tych drogach przerzucają na rosnące wzdłuż niej drzewa. Dziennikarka pisząc o ich protestach powinna jednak nie tylko relacjonować, ale też wyjaśniać czytelnikom na czym polega problem oraz trzymać się litery prawa (przypomnę, że równo 10 lat temu Stowarzyszenie Sadyba rozpoczęła kampanię „Ratujmy Aleje”, która przekształciła się w ogólnopolską, powstało wiele ruchów obywatelskich w celu ochrony alei przydrożnych i należytego przestrzegania polskich i europejskich wymogów ochrony przyrody).

Polskie prawo generalnie chroni wszystkie drzewa, w tym także przydrożne. Słuszne były więc uwagi w liście czytelnika Gazety, oburzonego że podczas prac przy drodze Jonkowo – Światniki pokaleczono i zniszczono pnie i korzenie rosnących tam drzew. Zgodnie z obowiązującym prawem zarówno bryła korzeniowa drzew, jak też sam pień oraz korona drzew muszą być chronione przed zniszczeniem (art. 82 ustawy o ochronie przyrody), natomiast kto „wykonuje prace ziemne oraz inne prace związane z wykorzystaniem sprzętu mechanicznego lub urządzeń technicznych w obrębie bryły korzeniowej drzew lub krzewów na terenach zieleni lub zadrzewieniach w sposób znacząco szkodzący drzewom lub krzewom” podlega karze (art. 131 ustawy o ochronie przyrody). Tytuł w Gazecie Olsztyńskiej „Kara jest, gdy drzewo uschnie” (G.O. 4. 09. 2014) jest wprowadzający w błąd, bowiem w cytowanym wyżej art. 131 nie ma takiego warunku (warunek naliczania kar gdy drzewo uschnie dotyczy innych sytuacji)

Pani Ewa Mazgal, autorka artykułu z 19. września cytuje bez komentarza wypowiedzi ludzi, którzy mówią o rzekomo chorych, bo spruchniałych i pustych lipach. Tymczasem pospolicie sadzona przy drogach lipa drobnolistna (Tilia cordata) jest drzewem długowiecznym, może żyć 300-500 lat, a nawet 700 lat (!), a cechą charakterystyczną tych drzew są ..ich wypruchniałe pnie (przypominające pustą w środku rurę). W dziuplach tych drzew żyje wiele gatunków zwierząt, zwłaszcza owadów, co wcale nie oznacza, że są to drzewa chore!  Pani Mazgal kończy swój artykuł kuriozalnym stwierdzeniem: „Drzewa z pachnicą należy bezwzględnie wycinać, gdyż stanowią zagrożenie dla pojazdów i ludzi” (!?). Otóż polskie i europejskie prawo bezwzględnie (!) chroni nie tylko pachnicę dębową, jako gatunek priorytetowy, ale również jej siedliska – miejsca rozrodu i bytowania, a więc drzewa. Nawoływanie do wycinania drzew zasiedlonych przez pachnicę jest wprowadzanie niezorientowanych czytelników w błąd, ale też nawoływaniem do popełnienia czynów zabronionych prawem! Chciałbym wiedzieć w jaki sposób – zdaniem autorki artykułu – drzewa z pachnicą zagrażają bezpieczeństwu na drogach? Czy pachnica atakuje ludzie i pojazdy? Jak wiadomo, to nie drzewa, ale ludzi powodują wypadki (bardzo nieliczne odstępstwa od tej reguły powodują upadające drzewa i gałęzie, ale jest to z reguły wynik zaniechania ich odpowiedniej pielęgnacji), a wycięcie drzew nie powoduje zwiększenia bezpieczeństwa na drodze. Obserwacje prowadzone między innymi w Danii, Francji, Niemczech, a także Polsce potwierdzają, że najwięcej wypadków śmiertelnych jest na drogach szybkiego ruchu (a więc na drogach pozbawionych drzew) oraz wszędzie tam, gdzie istnieje poczucie „pozornego bezpieczeństwa”, które skłania do rozwijania nadmiernej prędkości i do ryzykownych manewrów. Dlatego Tadeusz Jarmuziewicz, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, który 29 października 2012 roku z upoważnienia ministra odpowiadał na interpelację poselską nr 8798 stwierdził dobitnie: „Jeśli chodzi o usunięcie drzew przy drogach, będących potencjalną przyczyną wypadków drogowych, to naszym zdaniem nie jest do końca pewne, czy zabieg usuwania drzew doprowadzi do poprawy sytuacji. Może bowiem wywołać skutek odwrotny i tym samym prowadzić do rozwijania większych prędkości, utrudnienia kierowcom obserwacji ukształtowania drogi, skłaniania do podejmowania ryzykownych manewrów, prowadzić do bezpośredniego oddziaływania słońca na nieocienione drogi, roztapiania asfaltu i tworzenia się kolein, a także do utrudnienia widoczności na silnie nasłonecznionej drodze”. Doświadczenia pokazują też, że bardziej skutecznym (niż wycinanie drzew) sposobem poprawy bezpieczeństwa jest reorganizacja ruchu oraz stosowanie wypróbowanych  rozwiązań inżynierskich (np. barierki energochłonne).

W Polsce w latach 2011 i 2012 najechanie na drzewo stanowiło 6,3 i 6,2% wszystkich wypadków drogowych, przyczyną tych i zdecydowanej ilości wszystkich pozostałych wypadków drogowych była nadmierna prędkość, brawura i alkohol (vide: głośne ostatnio wypadki z udziałem młodocianych), dlatego należy apelować do kierowców o rozsądek i tolerancję na drogach, a nie o wycinanie drzew przydrożnych!

 

 

 

30 sie 2014

We wtorek, 26 sierpnia br. w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, w ramach Forum Debaty Publicznej „Potencjał obszarów wiejskich szansą rozwoju” obyła się konferencja: „Krajobraz a energetyka wiatrowa – poszukiwanie ładu„.

Na wstępie Krzysztof Kwiatkowski, Prezes NIK przedstawił informacje o wynikach kontroli „Lokalizacja i Budowa Lądowych Farm Wiatrowych„(więcej na temat kontroli w moim wcześniejszym artykule – patrz poniżej).

Po nim Piotr Otawski, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska i Główny Konserwator Zabytków mówił „O krajobrazie otwartym i problemach  z ochroną krajobrazów szczególnie cennych” w kontekście wyników kontroli NIK, a następnie Piotr Całbecki, Marszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego przedstawił „Doświadczenia województwa kujawsko–pomorskiego w problematyce ochrony krajobrazu” – także w kontekście budowy farm wiatrowych.

1

Po tej serii 10-minutowych wystąpień rozpoczęła się dyskusja panelowa, którą prowadził Olgierd Dziekoński, Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dyskusja dotyczyła próby odpowiedzi na pytania:

1. Krajobraz i źródła energii odnawialnej – wartości nie do pogodzenia?

2. Jaka jest rola i odpowiedzialność samorządów za ład w krajobrazie?

3. Jak wpływać na ład krajobrazowy?

Do udział w dyskusji zostali zaproszeni (w kolejności zabierania głosu):

1) Michał Kiełsznia, Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska

2) Krzysztof Worobiec, Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”

3) prof. Tadeusz Markowski, Prezes Towarzystwa Urbanistów Polskich Jerzy Pietrewicz, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Gospodarki

4) Janusz Sepioł, Senator RP, Przewodniczący Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej

5) Ryszard Wilczyński, Wojewoda Opolski

6) Paweł Orłowski, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju

7) Mieczysław Koch, Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Energii Odnawialnej

8) Maciej Klimczak – Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP

9) Wojciech Centarski, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej

10) Piotr Żuchowski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i DN (Główny Konserwator Zabytków)

 Dyskusji przysłuchiwało się około 100 zaproszonych osób, część z nich miało szansę na krótką wypowiedź, a następnie głos mogli zabrać ponownie zaproszeni paneliści – z czego skorzystało kilka osób, w tym ja (nota bene – byłem jedynym zaproszonym do dyskusji przedstawicielem organizacji pozarządowych). 

Informacja o spotkaniu oraz zdjęci na stronie Kancelarii Prezydenta RP: http://www.prezydent.pl/dialog/fdp/potencjal-obszarow-wiejskich-szansa-rozwoju-/aktualnosci/art,33,krajobraz-a-energetyka-wiatrowa-poszukiwanie-ladu.html

 

Budowa wiatraków bez kontroli – czyli o raporcie NIK

Budowa wiatraków energetycznych od paru już lat wzbudza kontrowersje i emocje nie tylko na Warmii i Mazurach. Ludzie protestują w obawie o ich negatywny wpływ:

- na zdrowie (tzw. syndrom turbiny wiatrowej – zespół chorobowy związany z wieloletnim oddziaływaniem hałasu, infradźwięków oraz efektu stroboskopowego w nocy i migających cieni w dzień),

- na ceny domów i działek, które dramatycznie spadają (bo kto kupi dom koło wiatraka?),

- na utratę zarobków (kto zamiast wczasów pod gruszą wybierze gospodarstwo agroturystyczne pod szumiącym wiatrakiem?),

- na przyrodę (zwłaszcza na awifaunę),

- na krajobraz (wiatraki wyższe niż Pałac Kultury w Warszawie są dominantą w krajobrazie). Przypomnę, że kilka lat temu w naszym województwie powstała koalicja „Bezpieczna Energia” skupiająca około 30 organizacji pozarządowych (Sadyba jest jednym z jej inicjatorów), która sprzeciwia się niekontrolowanej lokalizacji turbin wiatrowych w najcenniejszych krajobrazach (nie energetyce odnawialnej, jak często przeinaczane są nasze postulaty). Członkowie koalicji nie godzą się na chaotyczną budowę farm wiatrowych zbyt blisko siedzib ludzkich, na trwałe dewastowanie krajobrazu oraz zwracają uwagę na szereg nieprawidłowości związanych z tymi gigantycznymi inwestycjami. Nasze zastrzeżenia i  postulaty spotykają się rzecz jasna z krytyką lobby wiatracznego oraz samorządowców, którzy w budowie wiatraków widzą cudowne panaceum na finansowe problemy swoich gmin, z reguły w nosie mając protesty mieszkańców – swoich wyborców (vide – eskalacja konfliktów w Jezioranach).  

Ostatnio Najwyższa Izba Kontroli potwierdziła wszystkie zastrzeżenia koalicji w opublikowanym raporcie „Lokalizacja i budowa lądowych farm wiatrowych”.

Celem kontroli NIK, którą objęto lata od 2009 do 2013 oraz 28 gmin, 19 starostw powiatowych i 19 powiatowych inspektoratów nadzoru budowlanego (wśród wybranych do kontroli nie było niestety podmiotów z Warmii i Mazur), była „ocena przestrzegania przez właściwe organy administracji publicznej ograniczeń związanych z lokalizacją i budową lądowych farm wiatrowych, ze szczególnym uwzględnieniem respektowania zasad zagospodarowania przestrzennego, ochrony środowiska przyrodniczego i ograniczenia uciążliwości lądowych farm wiatrowych dla mieszkańców.

 Alfred Hitchcock, mistrz budowania napięcia mówił, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie musi już tylko stale rosnąć. Tak jest właśnie w  przypadku raportu NIK, na wstępie którego (str. 9) czytamy już:

NIK ocenia negatywnie proces powstawania lądowych farm wiatrowych w Polsce. Właściwe organy administracji publicznej nie w pełni przestrzegały ograniczeń związanych z lokalizacją i budową tego rodzaju elektrowni. Władze gmin decydowały o lokalizacji farm wiatrowych ignorując społeczne sprzeciwy. Budową elektrowni wiatrowych zainteresowane były w części osoby pełniące funkcje lub zatrudnione w gminach, na których ziemi farmy powstały, a zgody organów gmin na lokalizację elektrowni wiatrowych zostały w większości przypadków uzależnione od sfinansowania przez inwestorów dokumentacji planistycznej lub przekazania na rzecz gminy darowizn. Z tych właśnie powodów proces powstawania farm przebiegał często w warunkach zagrożenia konfliktem interesów, brakiem przejrzystości i korupcją. Niedookreślone dla tego rodzaju działalności gospodarczej prawodawstwo, a także niejednolita doktryna i orzecznictwo, nie gwarantowały w dostatecznym stopniu lokalizowania i budowy elektrowni wiatrowych w sposób bezpieczny dla środowiska i zarazem ograniczający uciążliwość farm dla osób zamieszkałych w ich sąsiedztwie.”

Jak wynika z badań NIK, żadna z kontrolowanych gmin, pomimo społecznych protestów dotyczących lokalizacji farm wiatrowych, nie zorganizowała referendum w tej sprawie, mimo że ma do tego prawo. Aż w 80% gmin zgoda organów gmin na lokalizację elektrowni wiatrowych była uzależniona od sfinansowania przez inwestorów dokumentacji planistycznej (lub przekazania na rzecz gminy darowizny w wysokości poniesionych kosztów na przygotowanie takiej dokumentacji), choć taki wydatek powinien być pokryty z budżetu gminy, co zdaniem NIK stanowi mechanizm korupcjogenny i powoduje konflikty interesów pomiędzy preferencjami inwestorów, a lokalnych społeczności. Aż w 11 z 28 skontrolowanych gmin (39%) elektrownie wiatrowe lokalizowane były na gruntach należących do radnych, burmistrzów, wójtów, czy też pracowników urzędów gmin, a więc należących do osób, które w imieniu gminy uczestniczyły w podejmowaniu decyzje o lokalizacji inwestycji wiatrakowych, co – zdaniem NIK – jest niedopuszczalnym lobbingiem i może również prowadzić do korupcji. 

NIK zwróciła uwagę nie tylko na szereg nieprawidłowości, ale także  na luki prawne, w tym między innymi: problemy posadowienia elektrowni wiatrowych na obszarach przyrodniczo chronionych, brak określenia dopuszczalnej odległości lokalizacji farm wiatrowych od siedlisk i zabudowań ludzkich (w 36% kontrolowanych gmin  stwierdzono, że lokalizacja elektrowni wiatrowych miała miejsce w odległości mniejszej niż 500 m od zabudowań mieszkalnych, a „rekordem” była odległość 55 m od zabudowań), brak podstawy prawnej dopuszczającej do użytkowania elektrownię wiatrową (bark kategoryzacji takich obiektów budowlanych, dlatego w wydawanych decyzjach wiatraki są uznawane za  „wolno stojące kominy i maszty”, „sieci elektroenergetyczne” lub „inne budowle”), brak nadzoru technicznego eksploatacji turbin wiatrowych (inspektorzy nadzoru budowlanego kontrolowali konstrukcję budowlaną farm: fundament, maszt, infrastruktura towarzysząca, ale nie elementy mechaniczne – generatory, rotory z gondolą, wirniki, skrzynie biegów, transformatory czy łopaty śmigła), brak określenia dopuszczalnych poziomów hałasu infradźwiękowego w środowisku oraz brak jednolitej metodologii pomiaru emisji hałasu generowanego przez elektrownie wiatrowe (ze względu na brak metodyki badań i nieokreślenie przez prawo dopuszczalnych norm nie są  badane: poziom infradźwięków i pola magnetycznego oraz migotanie cienia – tzw. efekt stroboskopowy). W związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami NIK poinformowała 2 prokuratorów rejonowych (w woj. mazowieckim i podkarpackim) i Delegaturę CBA we Wrocławiu, przekazując dokumentację w celu jej wykorzystania w prowadzonych postępowaniach, oraz przygotowała 3 do Wojewody Wielkopolskiego, Zachodniopomorskiego oraz Starosty Konińskiego.

Tak więc kontrola NIK potwierdziła wcześniejsze zastrzeżenia Koalicji. Można by powiedzieć, że jest on swoistym sukcesem (bo potwierdza słuszność naszych działań). Jednak stwierdzenie „a nie mówiliśmy” nie daje satysfakcji w sytuacji, gdy tyle inwestycji zostało już zrealizowanych, trwale zagrażając zdrowiu mieszkańców oraz na dziesiątki lat szpecąc krajobraz. Wnioski z kontroli NIK powinni wyciągnąć mieszkańcy gmin, w których samorządowcy ignorowali ich prawa do życia w spokoju oraz zdrowiu. Teraz mieszkańcy powinni odpłacić swoim włodarzom pięknym za nadobne i zignorować ich starania o reelekcję, a w nadchodzących wyborach pozbawić mandatu władzy! 

(ten tekst był publikowany 8 sierpnia 2014 r. w Gazecie Wyborczej /Olsztyn)  

 

 

 

11 maj 2014

Poprzednio (niestety prawie 2 miesiące temu….) pisałem o 10-leciu Sadyby i ocalonych dzięki naszej aktywności zabytkach Olsztyna i zapowiedziałem kontynuację tematu.

Nim to jednak uczyniłem, w tzw. „międzyczasie”, w dniu 11 kwietnia w Olsztynie odbyło się sympozjum „10 lat ochrony zabytków Olsztyna”. Dowiedziałem się o tym po fakcie, z opóźnieniem, a w relacji Adama Sochy na zaprzyjaźnionym portalu „Debaty” wyczytałem ze zdziwieniem, że sympozjum „wypełniły referaty na temat sukcesów samorządu w ratowaniu zabytków […a…] Do wygłoszenia referatów nie tylko nie zaproszono społeczników, ale w tych, wygłoszonych, nawet słowem urzędnicy nie zająknęli się o roli społeczników w uratowaniu wielu zabytków Olsztyna.”

 Adam Socha w artykule (cały tekst: http://www.debata.olsztyn.pl/wiadomoci/olsztyn/3264-bilans-10-lat-ochrony-zabytkow-olsztyna-kafelek.html) zacytował też wypowiedź Prezydenta Piotra Grzymowicza z jego blogu: „W ciągu tych 10 lat uratowano wiele obiektów przed kompletną dewastacją, a wielu innym przywrócono dawny blask, że wymienię tylko wieżę ciśnień przy ul. Żołnierskiej, kamienicę Naujacka, budynek magistratu przy ul. Wyzwolenia czy tartak Raphaelsohnów. Było to możliwe dzięki mocnemu wsparciu środkami unijnymi, ale też i samo miasto nie szczędziło pieniędzy…”

 No jasne, uratowano, tyle tylko, że gdyby nie determinacja garstki osób skupionej w kilku organizacjach pozarządowych zabytków było by znacznie mniej. Z całą pewnością gdyby nie działania Stowarzyszenia Sadyba nie było by już w Olsztynie budynków opisanych w poprzednim odcinku. Ale – jak pisze Adam Socha – nikt się o tym nawet nie zająknął!

Wobec tego – zgodnie z zapowiedzią – „pochwalę” się dalszymi obiektami, które w ciągu 10 lat działalności uratowaliśmy przed zniszczeniem. Są to budynki, które kilka lat temu były przez urzędników przeznaczone do rozbiórki, a zostały uratowane dosłownie w ostatniej chwili dzięki interwencji Stowarzyszenia Sadyba. Można powiedzieć, że złożone przez nas wnioski  o wpis do rejestru zabytków były zaledwie pierwszym krokiem do ratowania zabytków, ale bez tego „kroku” budynki te zniknęły by już dawno z krajobrazu miasta!

W  sierpniu 2007 r. złożyliśmy wniosek o wpisanie do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko-Mazurskiego zespołu budynków browaru przy ulicy Wojska Polskiego: wzniesionego w 1878 r. budynku warzelni oraz budynku administracyjnego z 1896 r. Choć to rzadki przykład architektury przemysłowej, świadectwo intensywnego rozwoju XIX-wiecznego Olsztyna, przyczynek do poznania historii miasta, istotny element krajobrazu kulturowego Zatorza, to pomimo, że budynki były w dobrym stanie, inwestor który kupił teren po browarze zamierzał je wyburzyć. Wizja lokalna i spotkanie z inwestorem przebiegało w „mało przyjaznej atmosferze”, ale liczy się efekt końcowy, a było nim wpisanie obu budynków do rejestru zabytków, a tym samym objęcie ich ochroną. Budynek administracji czeka na remont, ale warzelnia została już pięknie odrestaurowana i jest ozdobą powstałego wokół osiedla mieszkaniowego (a właściciel ma – mam taką nadzieję – z  tego ogromną satysfakcję).  

browar w 2005 r  Browar 2014

Tak wyglądał budynek warzelni w  2005  i 2013 roku (kliknij na zdjęcie by je powiększyć)

Wcześniej, w lutym 2006 roku złożyliśmy wniosek o wpis do  rejestru  zabytków willi  z początku XX wieku, znajdującej się przy ulicy Leśnej 18. Uczyniliśmy to, gdyż media donosiły iż budynek należy do gminy, a zarządza nim Przedsiębiorstwo Wodociągów  i Kanalizacji, które planuje jego wyburzenie. Na łamach prasy pani Paulina Żukowiec – miejska konserwator zabytków ubolewała, że to wielka strata, gdyż „ to jedyna taka leśna willa w mieście”, i zapowiedział, że nim budynek legnie w gruzach, zostanie sporządzona …jego inwentaryzacja! Jednak nim  buldożer uderzył” – jak zapowiadano w jednej z gazet, Sadyba złożyła wniosek i budynek został objęty ochroną, a obecnie ładnie wyremontowany przez miasto nadal cieszy swoim widokiem.

 Leśna sierpień 2007 willa lesna 2014

Tak wyglądała willa przy ulicy Leśnej w 2006 i 2013 roku!

Nieco inny charakter miały działania związane z koszarami przy ul. Artyleryjskiej, ale o tym w kolejnym odcinku…mam nadzieję już wkrótce…

—–

wszystkie zdjęcia: Krzysztof A. Worobiec

19 mar 2014

10 lat temu, 4 marca 2004 roku w Kadzidłowie spotkało się 20 osób i założyliśmy stowarzyszenie, które po krótkiej dyskusji nazwaliśmy „Sadyba”.

Zapewne nikt nie myślał wówczas o tym, że będziemy działać tak intensywnie przez 10 lat, że staniemy się jednym z najbardziej znanych stowarzyszeń nie tylko na Mazurach i Warmii, ale także w Polsce (o czym świadczą choćby zaproszenie na setki spotkań i konferencji – od Pałacu Prezydenckiego i Sejmu, poprzez Ministerstwo  Środowiska po małe kameralne spotkania gdzieś w Puszczy Białowieskiej czy na Dolnym Śląsku), równoprawnym partnerem dla znanych i zasłużonych stowarzyszeń, ale też wzorem dla wielu osób i innych stowarzyszeń. Dla przykładu rozpoczęta w lipcu 2004 roku – czyli też 10 lat temu – nasza Akcja  „Ratujmy Aleje” jest jedną z najbardziej znanych, już prawie „legendarnych”, stając się akcją ogólnopolską, a wydana przez nas książka o alejach przydrożnych jest „klasykiem gatunku” – poszukiwaną przez fachowców pozycją, natomiast interdyscyplinarna konferencja „alejowa” zainspirowała wiele innych do kontynuowania akcji ochrony alei do dnia dzisiejszego!  

Inny nasz autorski projekt – „Zagubione wioski Puszczy Piskiej” zatoczył szerokie kręgi, a w jego realizacji uczestniczyła młodzież z Niemiec, Rosji, Austrii, Włoch i Polski, także ze szkół piskich, pracownicy nadleśnictwa Pisz, stowarzyszenia Borussis i konserwatorzy z Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Dzięki naszej działalności kilkadziesiąt zabytków zostało wpisanych do rejestru zabytków, a wiele z nich tylko dzięki temu ocalało…

…..to tylko kilka przykładów, bo przecież nie da się wyliczyć wszystkich naszych działań. Poza tym nie zamierza sam wystawiać laurki, ale pokażę kilka efektów naszej działalności.  

Pod koniec stycznia Gazeta Olsztyńska w artykule zatytułowanym „Inwestycje na finiszu, czyli nowa twarz Olsztyna” zamieściła listę najważniejszych inwestycji realizowanych w 2013 roku. Pośród wymienionych tam 11 inwestycji – jak napisano-  „które wpłyną na rozwój miasta i ucieszą olsztyniaków„, aż 2 realizowane są w budynkach, które kilka lat temu przeznaczone były do rozbiórki, a zostały uratowane dzięki działaniom Stowarzyszenia Sadyba. Bo gdyby nie złożone przez nas – w przysłowiowej ostatniej chwili – wnioski o objęcie ich ochroną poprzez wpis do rejestru zabytków, nie istniał by już bowiem ani koszarowy budynek przy ulicy Kasprowicza, ani tartak Raphaelsonów przy ulicy Konsały.

koszary 1                                    koszary 2

Koszary Funka w 2008 i 2013 roku.

Można by rzecz jasna powiedzieć, że sam wniosek o wpis do rejestru zabytków to zaledwie pierwszy krok ratowania zabytków, ale jakże istotny, przecież dzięki temu oba budynki zostały uratowane przed unicestwieniem. Potem rozpoczęła się długa i trudna droga, wymagająca zaangażowania wielu osób, organizacji społecznych, a przede wszystkim inwestorów, którzy nie tylko potrafili docenić wartość zachowanych obiektów, ale mieli też odwagę i fundusze na tak poważne przedsięwzięcia.

Szczęśliwie znalazł się inwestor z pomysłem na zagospodarowanie dawnego sztabowego budynku fizylierów na Kasprowicza  – (to pozostałości po tzw. koszarach Funka lub „koszarach prywatnych” czyli po zespole budynków wzniesionych przez przedsiębiorcę Andrzeja Funka w latach 80-tych XIX wieku). Budynek z elewacją wykonaną z czerwonej cegły licówki z ozdobnymi wstawkami i pasami z żółtych cegieł, po latach dewastacji odzyskał swój blask, a jak donosi Gazeta koszt tej inwestycji to ponad 5 milionów.

tartak 1                            20131210_152523

Tartak Raphaelsonów w 2007  i 2014 roku.

Dzięki determinacji wielu osób i stowarzyszeń (Sadyba, Święta Warmia, Forum Rozwoju Olsztyna i wsparciu kilku innych) uratowany został także szachulcowy tartak Raphaelsonów wzniesiony w latach 80-tych XIX wieku przy ulicy Konsały: kilka lat temu Tomasz Głażewski, ówczesny wiceprezydent odpowiedzialny za sprawy architektoniczne w mieście  stwierdził, że „w obecnym stanie budynku nie ma sensu chronić„. Dzięki złożonemu przez nas wnioskowi tartak został objęty ochroną jako zabytek i przetrwał. Obecnie ten pięknie odrestaurowany przez miasto budynek (koszt inwestycji ponad 6 milionów złotych) stał się wizytówką zakola Łyny i Olsztyna  i został przeznaczony na Muzeum Techniki i Nowoczesności.

Ale to nie jedyne budynki w Olsztynie ocalałe dzięki interwencji Sadyby – o pozostałych następnym razem….

25 lut 2014

 

 

Przez ostatnie dni uwagę wszystkich skupiały wydarzenia na kijowskim Majdanie. Wielotygodniowy protest mieszkańców Ukrainy przeciwko decyzjom rządu, których społeczeństwo nie zaakceptowało, tragicznie zakończył się rozlewem krwi. W telewizji mogliśmy zobaczyć dramatyczne sceny i strzelających snajperów, wymierzających – bez wyroków sądowych karę śmierci na nieposłusznych obywatelach (bo przecież strzelano, nie po to by ranić i unieruchomić, ale by zabić).

Wszyscy potępiają ten rozlew krwi, ale przypomnę, że nim on nastąpił wiele osób – zwłaszcza naszych polityków, publicznie mówiło, że ludzie demonstrują „przeciwko demokratycznie wybranym władzom„(sic!). Czyli, że władze mogą robić co chcą (bo są „demokratycznie wybrane„), a naród ma siedzieć cicho do następnych wyborów !? Demonstranci z Majdanu udowodnili, że tak nie jest, zmuszając skompromitowane władze do tchórzliwej ucieczki. Dlatego to co wydarzyło się w Kijowie powinno być nauczką dla wszystkich większych i mniejszych dyktatorów i satrapów, którzy myślą, że jak zostali „demokratycznie wybrani„, to mogą robić co chcą… A to błąd, co pokazały ostatnie dni!

W mikro-skali taką eskalację konfliktu mogliśmy obserwować ostatnio w gminie Jeziorany, gdzie grupa mieszkańców niezadowolona z planów budowy turbin wiatrowych w pobliżu ich domów oraz na stanowisku archeologicznym jakim jest Święta Góra Prusów w Lekitach najpierw próbowała rozmawiać z „demokratycznie wybraną władzą„, a ostatecznie walczyć o swoje prawa oraz nasze wspólne dobro jakim jest krajobraz i dziedzictwo kulturowe. Ponieważ władza była ciągle „głucha” na prośby mieszkańców powstała obywatelska inicjatywa „Wolne Jeziorany” skupiająca – jak sami napisali w inernecie:

„…ludzi, którzy nie pozostają obojętni wobec tego, co dzieje się w ich „małej Ojczyźnie […] Nie ukrywamy, że naszym głównym celem jest „patrzenie władzy na ręce”. Ci, którzy zostali wybrani w demokratycznych wyborach, muszą liczyć się z tym, że ich wyborcy będą oceniać ich pracę na rzecz społeczności, której mają służyć […] Pamiętajcie, jesteście tylko urzędnikami, których MY wybraliśmy i MY możemy odwołać. „

Ponieważ władza, w osobie Macieja Leszczyńskiego – burmistrza Jezioran, nie chciał rozmawiać, więc mieszkańcy zablokowali dojazd do Świętej Góry i pomimo zimy koczowali tam – niczym protestujący na Majdanie (pobicia też tam były), a następnie –  w imię obywatelskiego nieposłuszeństwa – rozpoczęli blokowanie sesji Rady Miasta. Burmistrz postanowił nie pokazywać się więc na sesjach, a w jego ślady poszła część – „demokratycznie wybranych” – radnych. Unikali oni obecności na styczniowych sesjach, pomimo, że do 31 stycznia musieli przyjąć uchwałę w sprawie budżet gminy. I gdyby nie ten budżet demokratycznie wybrani reprezentanci ludu nadal stosowali by taktykę uników i faktów dokonanych. Ponieważ jednak styczeń dobiegał końca, a wraz z nim termin przyjęcia budżetu, przyparty do muru burmistrz musiał coś uczynić. Rozniosła się więc wieść gminna, że porządku publicznego na kolejnej sesji rady będą chroniły siły porządkowe (jak na Majdanie), ale nieoczekiwanie podczas kolejnej Sesji Rady Miejskiej (29. 01.) burmistrz oznajmił, że zgadza się spełnić postulaty przedstawione przez obrońców Świętej Góry Prusów i wstrzymał konfliktową decyzję (a więc i budowę), do czasu rozstrzygnięcia problemu przez Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie.

Pomijając administracyjne procedury i pokrętny sposób ich procedowania niezgodne z obowiązującym prawem (budowa realizowana była jako rzekoma „inwestycja celu publicznego” – choć orzecznictwo sądowe w tej sprawie jest jednoznaczne: stawianie wiatraków nie jest takową!) najistotniejsza jest postawa demokratycznie wybranych „przedstawicieli ludu„. Część radnych – popierająca chowającego głowę w piach burmistrza, unikała spotkania z protestującymi, a na kolejnych, bo odkładanych z powodu braku kworum sesjach, zachowywali się tak niegodnie w stosunku do swoich wyborców, że nawet przewodniczący Rady Miejskiej w Jezioranach powiedział przed kamerami (do obejrzenia na portalu Wolnych Jezioran), że wstyd mu za radnych, i gdyby mógł, to sam zgłosiłby referendum o odwołanie władz!

Ten „jeziorańsko – świętogórski Majdan” jest na razie najbardziej spektakularnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w naszym województwie, a trzeba przypomnieć, że są tu dziesiątki takich ognisk zapalnych. Najwięcej takich konfliktów ma związek z planowanymi budowami turbin wiatrowych (w całej Polsce jest ich ponad 500 – patrz mapa protestów http://mapa.stopwiatrakom.eu/), ale nie tylko – protesty społeczne wywołują też wyrastające jak grzyby po deszczu żwirownie (np. Biesowo, Florczaki, Ruś, Szałstry, Szczepankowo, Zebruń) oraz inne szkodliwe dla ludzi i środowiska inwestycje.

I wszędzie tam, gdzie są protesty widać taki sam schemat działania władzy szczycącej się demokratycznym mandatem. Zapominają one kogo mają reprezentować i zamiast wyborców zaczynają reprezentować inwestorów, nawet wtedy gdy nie chce ich zorientowana część lokalnej społeczności (pozostała część – niezorientowana lub obojętna jest bierna i łatwa do manipulacji). Władze zapominają przy tym zbyt często o jednej z podstaw demokracji jaką jest partycypacja społeczna, o jej podstawowych składnikach jakim są rzetelne informowanie wyborców (na wczesnych etapach o planowanych inwestycjach! a nie gdy już zapadną decyzje), konsultowanie z nimi planów (zwłaszcza w sprawach tak kontrowersyjnych lokalizacji  jak w Jezioranach) oraz współdecydowanie, uważając, że jak zostały raz wybrane, to mają prawo same decydować, także wbrew woli mieszkańców! Nie chcą słuchać głosów wyborców, nie zwracają uwagi na protesty, trwając w uporze przy swoim argumentując to spodziewanymi korzyściami finansowymi, koniecznością rozwój oraz… troską o dobrobyt obywateli (sic!). Tak było w przypadku Korsz, gdzie mieszkańcy długo alarmowali władze miasta o zagrożeniach związanych z działalnością zakładu utylizacji akumulatorów. Także tam determinacja, długotrwały upór oraz burzliwe wystąpienia mieszkańców na sesjach Rady Miejskiej, wsparte nagłośnieniem medialny, sprawiły że włodarze miasta łaskawie zgodzili się na sfinansowanie z gminnej kasy badań krwi na obecność ołowiu, a gdy okazało się, że są one przekroczone, gdy kilkoro dzieci trafiło z tego powodu do szpitala, urząd marszałkowski rozpoczął postępowanie w sprawie cofnięcia pozwolenia na działalność szkodliwego zakładu (a dlaczego wcześniej nie reagowały inspektoraty i służby odpowiedzialne za kontrolę środowiska oraz zdrowia mieszkańców?).  

Dlaczego „demokratycznie wybrane władze” wspierają inwestorów, a nie swoich wyborców? Najwyższa Izba Kontroli bada dokumenty dotyczące budowy wiatraków w ponad 60 gminach w 10 województwach, w tym także przyczyny „zaangażowania” władz gminnych w inwestycje wiatrakowe: „Już widzimy obszary pewnej nieprawidłowości, które pojawiły się w tej kontroli. Jednym z takich poważnych obszarów nieprawidłowości jest finansowanie zmian w planie zagospodarowania przestrzennego przez inwestorów zainteresowanych budową elektrowni wiatrowych. Te pieniądze pochodzą od nich, zamiast z budżetu gminy. W czasie tej kontroli odkrywamy, że istnieją mechanizmy korupcyjnepowiedział Paweł Biedziak z NIK, a posłanka Julia Pitera dodała: Były przypadki, że to były wręcz prezenty całkiem prywatne. Miałam przypadek zgłoszony, że jeden z przewodniczących rady w jednym z województw, przyjął prawdopodobnie samochód. Była sprawa na Mazowszu komputera dla burmistrza.”

Dlatego w nadchodzących wyborach samorządowych dobrze sprawdzić na kogo głosujemy, i kto będzie rzeczywiście reprezentował nas – wyborców, by takie sytuacje jak w Jezioranach czy Korszach nie miały w przyszłości miejsca!

 

10 sty 2014

Piskorzewo - montowanie tablicy

Piskorzewo (Königsdorf) – 31. 12. 2013 roku – montowanie tablicy *

O autorskim projekcie „Zagubione wioski Puszczy Piskiej” pisałem już wielokrotnie, przypomnę więc tylko krótko, że jego głównym celem jest przywrócenie pamięci i utrwalenie pozostałości (a najczęściej są to już tylko cmentarze) po wsiach położonych w południowo-wschodniej części Puszczy Piskiej, które po 1945 roku przestały istnieć. 

Piskorzewo - wies

Piskorzewo (Königsdorf) – tablica ustawiona na skraju dawnej wsi, za drzewem widoczne fundamenty budynku mieszkalnego (kliknij na zdjęcie  by je powiększyć) 

Ostatni dzień 2013 roku wraz z pracownikiem Nadleśnictwa Pisz oraz pracownikami firmy reklamowej z Rucianego – Nidy spędziliśmy w czterech nieistniejących wsiach, montując tam pięć tablic informujących o  historii tych „zagubionych wiosek”. Ustawiliśmy po jednej tablicy w Wolisku Małym i Dużym, dwie w Piskorzewie, oraz dodatkową jeszcze jedną w miejscu dawnej huty żelaza w Wądołku (tablica wcześniej tam ustawiona była kilkukrotnie wrzucona do jeziora młyńskiego i jest uszkodzona). Wykonanie i ustawienie tych pięciu tablic sfinansowało Nadleśnictwo w Piszu.

Wolisko Duze

Tu znajdowała się założona w XVIII w. wioska Wolisko Duże (Reihershorst).

Tak więc już jedenaście tablic informuje (w języku polskim i niemieckim) o zanikającej (i to dosłownie) i zapominanej historii tej części Mazur. W latach poprzednich zostało już ustawionych sześć  takich tablic: po dwie w Sowirogu i Wądołku (przy wsiach i oddalonych od nich cmentarzach) oraz po jednej w Przerośli i Szaście. Docelowo chcemy oznaczyć wszystkie zagubione wsie w tej części Puszczy oraz wytyczyć atrakcyjny szlak turystyczny ich śladami.

Wolisko Male

 Taka tablica stoi teraz w nieistniejącym już Wolisku Małym (Reihershorst)

——————

* wszystkie zdjęcia jak zwykle mojego autorstwa

 

16 gru 2013

1.1 Harmoniny krajobraz - wzgorza morenowe, rynnowe jezioro Juno, dalej aleja przydrzona, w tle gotycki kosciol w Szestnie

Pełna harmonia pomiędzy Naturą: wzgórza morenowe, jezioro rynnowe (Juno) oraz Kulturą: aleja przydrożna biegnąca wzdłuż misy jeziornej (droga do Świętej Lipki), w tle gotycki kościół (Szestno) – kliknij na zdjęcie by je powiększyć.

 

 

Kultura jest często widziana jako przeciwieństwo przyrody i natury, albo jej ujarzmienie. Parki narodowe przywołują na myśl przede wszystkim ochronę przyrody – choć oczywiście do ich zadań może też należeć ochrona dziedzictwa kulturowego, ale czy te dwie rzeczy idą w parze? czy też są rozbieżne a może nawet sprzeczne? czyli krótko mówiąc czy Kultura jest wrogiem Natury?

Z tymi pytaniami zwrócono się do mnie, jako członka stowarzyszenia mającego w nazwie ochronę krajobrazu kulturowego, a jednocześnie – jak to określono – do osoby „głęboko zaangażowanej w inicjatywę zmian w ustawie o parkach narodowych„, a więc chroniącego Naturę.

 

Słowo „kultura” jest pojęciem szerokim, obejmującym wszelką działalność człowieka, w tym uprawę roli i przekształcanie naturalnego środowiska w stan użyteczny, by z niego czerpać korzyści i jest utożsamiane z pojęciem „cywilizacja„, ta natomiast jest często postrzegana jako przeciwieństwo przyrody i natury. Tak więc na postawione pytanie można by odpowiedzieć krótko: tych przeciwstawnych światów nie da się pogodzić, bo są niczym woda (natura) i ogień (kultura)! Ale czy na pewno? Tak na prawdę nie można ich już rozdzielić, bo od tysięcy lat są one z sobą trwale związane! Nie można przecież od świata przyrody oddzielić na przykład tam i żeremi bobrowych, które są przecież wytworami pewnej „kultury” żywych istot (Niemcy nazywają żeremie  „Biberburg” – w dosłownym tłumaczeniu „zamek borowy”) „zagospodarowujących” dla siebie przestrzeń i przekształcających środowisko w stan dla siebie użyteczny! Tak samo nie można od natury oddzielić kultury – wytworów ludzi. Od okresu górnego paleolitu i namalowania pierwszych rysunków naskalnych w jaskiniach, czyli od około 42 tysięcy lat człowiek pozostawia trwały ślad w naturze, a procesu tego nie da się ani cofnąć, ani zatrzymać. Proces ten można tylko kontrolować, starając się by kultura nie oddziaływała negatywnie na świat przyrody, by jedno z drugim harmonijnie współistniało. Tu warto powrócić do etymologii słowa „kultura” wywodzącego się od łacińskiego „colere ” – oznaczającego „uprawa, kształcenie „, ale też „pielęgnować, dbać„- w tym także o naturę.

Wraz z rozwojem cywilizacji (kultury) nastąpiło zachwianie pierwotnej natury. Ekspansja człowieka, poszukania nowych źródeł surowców, terenów pod rozbudowę doprowadziły do degradacji znacznych obszarów Ziemi. Skrajnie negatywnym przykładem może być socjalistyczna idea uczynienia z człowieka pogromcy przyrody, wyrażona w tezie że istnienie Jeziora Aralskiego zwanego Morzem, czwartego niegdyś pod względem wielkości jeziora na świecie jest „pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego są najważniejsze, co skutkowało próbą zamiany pustyni Kara-kum w pola uprawne – wbrew obawom ekologów, a w konsekwencji prawie całkowitym zanikiem jeziora i niespotykaną w historii ludzkości klęską ekologiczną. Na przeciwległym biegunie można by umieścić zdanie Franka Lloyda Wrighta, amerykańskiego architekta, jednego z najsłynniejszych w XX w.: Budynek nie może stać „na” wzgórzu ani „na” czymkolwiek innym – ma stać „razem” ze wzgórzem, w symbiozie z nim, dom i wzgórze muszą współistnieć, należeć do siebie nawzajem. Tak więc jego zdaniem wytwory ludzkiej kultury mają harmonijnie stapiać się z otaczającym go krajobrazem, nie szkodząc otoczeniu, ale je wzbogacając. Ta zasada znana była starożytnym, a wznoszone przez nich budowle, np. grecka Świątynia Posejdona na przylądku Sunion czy budowle ateńskiego Akropolu są niczym część wapiennej skały, na której zostały wzniesione i stanowią integralną część krajobrazu.

Na Ziemi są jeszcze obszary nie zepsute ludzką ręką, które z tego względu należy chronić. Także w Polsce są tereny na swój sposób „zacofane cywilizacyjne”, dzięki czemu nie został tam zdegradowany krajobraz i pozostało bogactwo fauny i flory. Takimi obszarami cennymi przyrodniczo są północno – wschodnia Polska, zwłaszcza Puszcza Białowieska oraz Kraina Wielkich Jezior Mazurskich, w części porośniętej Puszczą Piską. Na tych właśnie obszarach od lat trwa spór jak należy je chronić, a w szczególności czy obejmować ochroną tworząc parki narodowe. 

Równo sto lat temu został opublikowany obszerny esej „Kultura a natura” humanisty, prawnika  i ekonomisty Jana Gwalberta Pawlikowskiego, który analizując relacje pomiędzy ochroną przyrody, a jej gospodarczym wykorzystaniem napisał: „…tylko pierwotna i wolna, a nie przez spekulacyjne uprzystępnienie znieprawiona przyroda godna jest miłości„.

Zdanie to, wydrukowane, powinno wisieć we wszystkich instytucjach, wydziałach i urzędach, które w swojej nazwie lub zakresie kompetencji mają słowo „środowisko” czy  „przyroda” i być naczelnym przesłaniem działania (tak nie jest, a wręcz odwrotnie, ale to temat na odrębny artykuł). Zdanie mądre, ale można by je sparafrazować:  „…tylko pierwotny i wolny, a nie przez spekulacyjne uprzystępnienie znieprawiony krajobraz godny jest miłości„.

Ta wersja, dla mnie, geomorfologa, jest znacznie bliższa. Krajobraz jest pojęciem szerszym niż przyroda, która wprawdzie dzieli się na ożywioną i nieożywioną, a więc obejmuje również formy krajobrazu, zawęża jednak często pole widzenia do świata roślin i zwierząt, a w potocznym i coraz bardziej strywializowanym społecznym odczuciu sprowadza się do „żabek” i „kwiatków” („bo przecież człowiek ważniejszy niż żabka” – vide casus Rospudy).  

Spójrzmy więc na krajobraz pojmowany jako całość. Tworzą go dwa elementy, dwa żywioły: „woda” – natura i „ogień” kultura. To krajobraz naturalny, czyli to co od czasów ostatnich ruchów górotwórczych rozmaite procesy naturalne uczyniły na Ziemi – w przypadku Polski największe piętno odcisnęły kolejne zlodowacenia, które pozostawiły malowniczo ukształtowaną powierzchnię ziemi. Na nim nasi przodkowie tworzyli wioski i miasteczka, budowali młyny nad rzekami, świątynie i zamki etc. – to druga składowa, czyli krajobraz kulturowy. Był on harmonijnie wkomponowany w otaczającą przyrodę, ponieważ przez stulecia podstawowym budulcem były surowce lokalne – kamień, glina, słoma, trzcina, drewno, a więc wygląd tworów ludzkich strukturą i kolorytem nawiązywał do natury. Z zasady każdy gospodarz, sam lub z pomocą sąsiadów budował swój dom zgodnie z miejscową tradycją statusem majątkowym i potrzebami, a wielkość domu zależna była od zasobności sakiewki, ilości posiadanej ziemi i statusu społecznego oraz wynikała z wiekowej tradycji lokalnej i konieczności współżycia z naturą (klimat, surowce i inne dobra natury). Rezydencyjce możnych i władców, często potężne i ingerujące w zastany krajobraz otaczano ogrodami, parkami i alejami, nie tylko by stanowiły świadectwo ich zamożności, ale by scalić je z otoczeniem. Wywodzące się z kultury dworskiej aleje przydrożne (także parki) są wyjątkowym elementem krajobrazu i najlepszym przykładem harmonijnego połączenia kultury z naturą, są bowiem nie tylko dziełem rąk ludzkich i ozdobą krajobrazu, ale też pełnią bardzo ważną rolę w świecie przyrody jako korytarze migracyjne i stanowią obecnie najważniejsze ostoje dla niektórych gatunków roślin i zwierząt (o tym szerzej w kolejnym tekście).

Cywilizacja czyli tak zwany „rozwój” spowodował ogromną podaż nowych materiałów budowlanych. Rozwój transportu i komunikacji spowodował równocześnie przenikanie wzorców i technik, oraz przyczynił się do zaniku tradycji i lokalnych wzorców wywodzących się z wielowiekowej obserwacji natury i życia zgodnie z jej zasadami. Zaczęto budować byle gdzie, byle jak, każdy po swojemu, a przestrzeń publiczną zaczęto nadużywać i eksploatować i zaśmiecać, prowadząc do chaosu urbanizacyjnego. Procesy te dotyczą nie tylko miast, ich przedmieść i wsi, ale także dziewiczych do tej pory terenów. Równocześnie następuje niszczenie i zanik dziedzictwa kulturowego, zarówno materialnego, jak i niematerialnego, znika tradycyjne budownictwo drewniane, wycinane są aleje przydrożne, niszczone zabytki by zdobyć nowe tereny pod inwestycje etc. Wszystko to skłoniło grupę osób do założenia Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba” i działania by chronić to co ładne i co dotrwało do naszych czasów. Nie można jednak chronić krajobrazu kulturowego w oderwaniu od krajobrazu naturalnego, stąd potrzeba m.in. tworzenia i powiększania parków narodowych (a to wymaga zmiany przepisów – o czym w kolejnym artykule).

Pomimo, że w 2004 r. Polska ratyfikowała Europejską Konwencję Krajobrazową z 2000 r., zgodnie z którą krajobraz przyczynia się do tworzenia kultur lokalnych [bo jest] on podstawowym komponentem europejskiego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, przyczyniając się do dobrobytu ludzi i konsolidacji europejskiej tożsamości” odczuwalny jest brak kompleksowej kontroli oraz organu całościowo odpowiedzialnego za ochronę krajobrazu z jego wszystkimi elementami tzn. gospodarkę przestrzenną – co w Europie jest ewenementem. W Polsce brak jest ochrony krajobrazów „tylko” ze względu na ich wartość estetyczną – a więc krajobrazów ładnych, charakteryzujących się wyjątkowym pięknem, ale też „jedynie” harmonijnych, a więc bez jakiś spektakularnych form! Braki te powodują, że coraz więcej terenów jest – jak to określił Pawlikowski, znieprawionych przez spekulacyjne uprzystępnianie, a dotyczy to zarówno krajobrazu naturalnego i kulturowego, dlatego należy chronić jeden i drugi!

 

Tekst był publikowany w numerze 7/8  2013 miesięcznika VEGE

 

 

 

30 paź 2013

Czy to zbieg okoliczności, czy celowo tuż przed Świętem Wszystkich Zmarłych i Zaduszkami do skrzynki pocztowej Stowarzyszenia trafił e-mail, którego fragmenty zamieszczam poniżej – z nadzieją, że jego autor nie nic przeciwko temu:

 

Piszę do Państwa jako iż jest mi drogie utrzymanie pamięci o dawnych mieszkańcach terenów Mazur a co za tym idzie utrzymanie pamiątek po tych ludziach w możliwie najlepszym stanie. Od kilku lat jeżdżąc w Mazury fotografuję dawne cmentarze ewangelickie starając się uchwycić to co z nich pozostało […] Jeżdżę często do Piecek. Zaraz za skrętem na Mikołajki jest stary niewielki cmentarz, od którego zaczęło się moje fotografowanie. Odwiedzając go dzisiaj spostrzegłem, że ktoś wyciął i zabrał jedyne pozostałe kute metalowe ogrodzenie grobu. […] Czy istnieje jakieś prawo, które nakłada na skup złomu obowiązek sprawdzenia pochodzenia oddawanego metalu – jeśli jest podejrzenie iż jest on częścią zabytku ?”

 

Dobre pytanie – teoretycznie tak (generalnie dewastowanie miejsc pochówków jest zabronione), ale o ile wiem opisywany cmentarz nie jest wpisany do rejestru zabytków województwa warmińsko-mazurskiego, a więc choć jest zabytkiem to nie podlega szczególnej ochronie na podstawie ustawy o ochronie zabytków…

W marcu bieżącego roku wysłałem do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie wniosek o wpis do rejestru zabytków województwa warmińsko-mazurskiego sześciu dawnych cmentarzy ewangelickich we wsiach Sowiróg, Przerośl, Szast, Wądołek, Piskorzewo, Wolisko Duże i Małe oraz pozostałości po hucie żelaza w Wądołku. Uzasadniałem, że są to jedyne czytelne pozostałości po nieistniejących już osadach położonych w Puszczy Piskiej. Wniosek ten stanowił konsekwencję trzyletniego projektu pt. „Zagubione wioski Puszczy Piskiej”, który miał na celu przywrócenie pamięci o wsiach, które po 1945 r. zostały rozszabrowane i zlikwidowane. Ten autorski projekt był realizowany od 2009 r. dzięki współpracy inicjatora – czyli Sadyby, właściciela terenu – Nadleśnictwa Pisz, olsztyńskiego stowarzyszenia Borussia – specjalistów także od międzynarodowych projektów wolontariackich, oraz Narodowego Instytutu Dziedzictwa – wcześniej funkcjonującego pod nazwą Regionalny Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków w Olsztynie. Obecność tej ostatniej instytucji, wyspecjalizowanej w dokumentowaniu zabytków, której także wojewódzki konserwator zabytków często zleca przygotowanie dokumentacji obiektów przed ich wpisaniem do rejestru zabytków, sprawiała, że wraz z porządkowaniem wspomnianych cmentarzy sporządzane były profesjonalne inwentaryzacje tych obiektów. Jednym z celów projektu było bowiem udokumentowanie stanu zachowania pozostałości po tych „zagubionych wioskach”, a kolejnym ich oznakowanie tablicami informacyjnymi w języku polskim i niemieckim, stworzenie szlaku turystycznego, wydanie publikacji książkowej w formie monografii nieistniejących wsi oraz ochrona właśnie poprzez wpis do rejestru zabytków ich pozostałości, głównie cmentarzy. W latach 2009-2011, w projekcie uczestniczyli młodzi wolontariusze z Rosji, Niemiec, Austrii, Włoch oraz z Polski, którzy poświęcali swój wakacyjny czas na prace terenowe-porządkowanie, ustawianie poprzewracanych nagrobków, usuwanie dzikiej roślinności, grodzenie cmentarzy, ale też dokumentowanie miejsc pochówków w wymienionych wyżej wioskach. Do projektu włączyła się też młodzież szkolna z liceum w Piszu, zobowiązując się do bieżącej opieki nad tymi zabytkami. O tym wszystkim napisałem we wspomnianym wniosku o wpis do rejestru zabytków, argumentując m.in., że „do naszych czasów po tych puszczańskich wsiach przetrwały jedynie resztki fundamentów i gruzy pośród drzew i krzewów oraz cmentarze, stanowiące obecnie najbardziej czytelne ślady oraz najcenniejsze świadectwo historii tych wsi”.

1

Ten żeliwny krzyż z 1932 roku stał na dawnym cmentarzu ewangelickim w Nowej Ukcie…(stan 2002 rok)

Na początku września jako odpowiedź na nasz wniosek otrzymałem pismo od wojewódzkiego konserwatora zabytków w Olsztynie, który domaga się „wykazania społecznego interesu przemawiającego za wpisaniem ww. obiektów do rejestru zabytków”. Pismo bardzo mnie zaskoczyło. Zastanawiałem się nawet, czy to nie żart lub prowokacja, ale to przecież pismo urzędowe, z pieczątkami i podpisami, więc nie. W każdym razie do dnia dzisiejszego nic nie odpisałem, a ponieważ nie wiem, co napisać, więc kilka dni temu, na spotkaniu członków Sadyby ogłosiłem minikonkurs, co mamy zrobić i co mam odpisać. No bo cóż można odpisać? Że to taki sam interes społeczny jak przy wpisywanych wcześniej ewangelickich (i nie tylko) cmentarzach, których tak wiele jest już w rejestrze zabytków (choćby w pobliskim Pogobiu Średnim, Uścianach, Piszu czy Ukcie)? A może że są to wyjątkowo cenne, bo jedyne dobrze czytelne ślady istnienia tych wsi, a tym samym rozwoju osadnictwa w Puszczy Piskiej? Ale czy to rzeczywiście wystarczy, by wykazać „interes społeczny”? Nie jestem specjalistą od potrzeb społecznych, natomiast akurat w tym samym dniu, w którym otrzymałem wspomniane pismo od konserwatora zabytków, w krajowym wydaniu „Gazety Wyborczej” (6 września 2013 r.) ukazał się artykuł pt. „Burmistrz kazał posprzątać”, o tym, jak włodarz dolnośląskiej wsi kazał „uporządkować” buldożerem ewangelicki cmentarz, ponieważ… panował tam nieład, leżały śmieci, a „żeby zrobić tam prawdziwy porządek, gmina musiałaby wydać tyle pieniędzy, że nas na to nie stać. Poza tym po co wydawać pieniądze na coś, co i tak już nie funkcjonuje” (sic!). Na takie bezczeszczenie miejsc pochówku nie zareagował tam ani sanepid („porządkowania” nie poprzedziła bowiem ekshumacja) ani policji (ustawowo zabronione jest bezczeszczenie miejsc pochówku), a niektórzy mówili (na szczęście nie wszyscy), że przecież nic się nie stało, bo cmentarz był… poniemiecki! Na dodatek władze gminne przekonywały wyborców, że robią to dla nich, bo „teren byłego cmentarza stanowić będzie kompleks służący zaspokajaniu potrzeb kulturalnych i rekreacyjnych mieszkańców”, a dla ich wygody powstanie tam także parking. Niedawno podobnej zamiany cmentarza na park dokonano w Skaryszewach pod Gdańskiem, a w Maciejowicach koło Jeleniej Góry na dawnym miejscu pochówków powstała Biedronka. Pół wieku temu w całej Polsce nagminnie likwidowano cmentarze „poniemieckie”, ale wydawało się, że to już niechlubna przeszłość.

2

…i tyle z niego pozostało (stan: 14 czerwca 2013 r.)

A więc, jak widać, interes społeczny bywa bardzo różny. Tak więc wcale nie mam pewności, czy prawna ochrona sześciu cmentarzy w Puszczy Piskiej leży w interesie społecznym. Choć trzeba przyznać, że są one tak głęboko ukryte w lesie, że trudno je zamienić na parking czy park, a poza tym po co komu park w lesie? Natomiast z całą pewnością wiem, że wielu członków społeczności lokalnych ma interes w pozyskiwaniu metalowych elementów z takich „już niefunkcjonujących” cmentarzy, żeby następnie je spieniężyć w skupach złomu w celu zamiany na płyny zawierające większe lub mniejsze stężenie alkoholu. W tym roku, 14 czerwca zgłosiłem na posterunku policji w Rucianem dewastację i kradzież metalowych przęseł ogrodzenia oraz pięknego żeliwnego krzyża z nieczynnego cmentarza ewangelickiego w lesie koło Ukty. Krzyż z zakończeniami w kształcie koniczyny był z 1932 r., cmentarz nie był chroniony prawem, bo nie był wpisany do rejestru zabytków, więc zapewne sprawa została umorzona z powodu niskiej szkodliwości społecznej, jak to w takich wypadkach bywa.

3

Na tym samym cmentarzu betonowo – metalowym ogrodzeniem wydzielona było jedna kwatera rodzinna (stan: 2002 rok)…

Jak widać, interes społeczny jest pojęciem płynnym – dla niektórych dosłownie – ale warto zwrócić uwagę, że kierowanie się takim kryterium może być bardzo niebezpieczne. Bo z całą pewnością w interesie społecznym tzw. ogółu nie leży utrzymywanie służb ochrony zabytków. W odbiorze gminnym (w znaczeniu: pospolitym, trywialnym) konserwatorzy zabytków utrudniają przecież tylko życie inwestorom i „się czepiają”. O innych, bardziej potocznych wyrażeniach nie wspomnę, a zainteresowanych odsyłam do bogatej lektury komentarzy na forach internetowych.

4

… z ogrodzenia tego pozostały tylko potrzaskane słupki betonowe (stan: 14 czerwca 2013 roku).

 Ja tak, rzecz jasna, nie uważam, ale zastanawiam się, „co miał poeta na myśli”, żądając od stowarzyszenia wykazania interesu społecznego przemawiającego za wpisaniem do rejestru zabytków wymienionych we wniosku obiektów? Czyż fakt, że społeczność – nie tylko lokalna – zaangażowana jest w ratowanie tych cmentarzy, nie wystarczy? Czy nie wystarczy fakt, że ich inwentaryzację wykonała już wyspecjalizowana w dokumentowaniu zabytków i dziedzictwa instytucja utrzymywana z naszych, społecznych pieniędzy? Dla mnie jest oczywistym, że takie znikające świadectwa historii trzeba bezwzględnie chronić, dlatego chciałoby się rzec: a co tu uzasadniać? Koń, jakim jest, każdy widzi. Ale jak widać, niektórzy urzędnicy mają końskie okulary i sprawy formalne przysłaniają im istotę ochrony dziedzictwa kultury.

 

 

25 sie 2013

 

W olsztyńskich mediach niczym bumerang co rusz to powraca problem reklam szpecących centrum Olsztyna. I tak na przykład w lipcu powróciła dyskusja na temat megareklamy wiszącej na tzw. okrąglaku, czyli na narożnym budynku vis-à-vis ratusza. Pojawiły się wówczas głosy, że nie ma rady ani na  takie gigantyczne reklamy, ani generalnie na wizualne uporządkowanie centrum Olsztyna, i że być może dopiero wejście w życie projektu tzw. ustawy krajobrazowej, sygnowanej przez prezydenta RP, umożliwi skuteczną walkę z chaosem reklamowym w polskich miastach. Prezydent proponuje, by ustawa weszła w życie od początku przyszłego roku.

Przypomnę więc, że prezydencki  projekt zmiany kilku ustaw w zakresie wzmocnienia ochrony krajobrazu został złożony do sejmu dopiero w dniu 1 lipca br. Nie jest to jedna „ustawa krajobrazowa” rozwiązująca kompleksowo wszystkie problemy (patrz poprzednie wpisy), a zaproponowane zmiany w prawie mają między innymi dać samorządom możliwości ustalania zasad sytuowania tablic reklamowych, ogrodzeń, obiektów małej architektury jako samodzielny akt prawa miejscowego. Znając jednak zakres proponowanych, bardzo słusznych i potrzebnych zmian, należy spodziewać się silnego sprzeciwu – zwłaszcza lobby reklamowego i wiatrakowego (proponowane przepisy maja bowiem regulować kwestię lokalizacji elektrowni wiatrowych). Znając również tempo prac sejmowych, jest mało prawdopodobnym, by ustawa weszła w życie od początku przyszłego roku. Poza tym nie wiadomo w jakiej formie prezydencka ustawa zostanie przyjęta przez posłów, a przede wszystkim ile i jakich zmian dokonają oni podczas prac legislacyjnych. Jako osoba, która kilkukrotnie brała udział w pracach sejmowych, wiem, że efekt końcowy może być daleki od zakładanego – na przykład w 2001 roku podczas nowelizacji ustawy o ochronie przyrody, to właśnie w trakcie prac sejmowych zmieniono rządowy projekt i wprowadzono przepisy dotyczące sposobu tworzenia i zmiany granic parków narodowych (dlatego obecnie trwająca obywatelska inicjatywa ustawodawcza zmierza do usunięcia tej niekorzystnej dla przyrody „poprawki” – o czym pisałem na blogu wielokrotnie).

Wracając do kwestii reklam: obecnie istnieje jednak instrument prawny powalający na skuteczną walkę z walkę z chaosem reklamowym w polskich miastach, z zaśmiecaniem i zawłaszczaniem przestrzeni publicznej, a więc umożliwiający także walkę z chaosem reklam w centrum Olsztyna. Instrumentem tym jest park kulturowy – forma ochrony powierzchniowej wynikająca z ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. O tym, że to instrument skuteczny można przeczytać w „Opinii prawnej w sprawie regulacji estetyki przestrzeni publicznej” przygotowanej przez Biuro Analiz Sejmowych[1], w której stwierdzono:

w obecnym stanie prawnym rada gminy może wprowadzać regulacje dotyczące estetyki (wygląd elewacji, zawieszanie wielkoformatowych reklam) nieruchomości budynkowych do niej nienależących jedynie poprzez wprowadzenie odpowiednich zapisów w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego lub poprzez utworzenie parku kulturowego. Nie jest możliwe uregulowanie ww. kwestii w „zwykłej” uchwale rady gminy.”

W konkluzji tejże opinii stwierdzono:

„[…] utworzenie parku kulturowego nie jest narzędziem dostępnym dla każdej gminy – może bowiem być wykorzystywane jedynie na terenach wyróżniających się ponadprzeciętnymi walorami krajobrazowymi oraz obecnością zabytków architektury. Narzędzie to może jednak okazać się wysoce skuteczne. Pozwala bowiem, poprzez zakazy i ograniczenia z art. 17 ust. 1 ustawy o ochronie zabytków, na głębszą ingerencję w kształtowanie przestrzeni publicznej niż MPZP [Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego – przyp. KW]. Dla przykładu – o ile w MPZP wprowadzić w zasadzie można jedynie regulacje dotyczące usytuowania, sposobu instalacji, powierzchni reklam, o tyle na terenie parku kulturowego na podstawie art. 17 ust. 1 ustawy o ochronie zabytków, ingerować można w formę i kolorystykę reklam oraz w to z jakich materiałów mają być wykonane.”

Z tych prawnych, i jak się okazuje bardzo skutecznych możliwości walki z chaosem reklamowym skorzystał już Kraków. Tam od wejścia w życie uchwały o utworzeniu Parku Kulturowego Stare Miasto, liczba elementów zaśmiecających przestrzeń publiczną sukcesywnie maleje i tak na Rynku Głównym ilość legalnych elementów: szyldów, wysięgników, gablot, tablic i markiz wzrosła z 22% do 53,3% (porównanie danych z końca 2011 i 2012 roku). Dlatego władze Krakowa bardzo cenią sobie podjętą decyzję:

Przekleństwem Śródmieścia była zbyt duża liczba reklam. Uchwała o utworzeniu Parku Kulturowego Stare Miasto przyniosła bardzo wyraźne zmiany: nie ma już natłoku krzykliwych reklam i chaosu informacyjnego. Uważam to za duże osiągnięcie” – mówił dziennikarzom prezydent Krakowa Jacek Majchrowski.[2] Jeszcze bardziej stanowcza była wypowiedź przewodniczącego rady miasta Bogusława Kośmidera:

Choć co prawda odzywają się głosy, które nawołują, że tę inicjatywę należy osłabić lub zupełnie się z niej wycofać, to uważam, że jest to jedno z większych osiągnięć samorządu w ostatnich latach, służące ochronie Starego Miasta. Będziemy go bronić jak niepodległości„.[3]

Przypomnę, że Stowarzyszenie Sadyba złożyło do Piotra Grzymowicza – prezydenta Olsztyna oraz do Jana Tandyraka – przewodniczącego Rady Miasta wniosek o powołanie parku kulturowego w Olsztynie, obejmującego Stare Miasto i Zatorze (patrz wpis poniżej). Propozycja nasza został już jednogłośnie poparta przez Miejską Komisję Kultury, która zwróciła się do Prezydenta Olsztyna z wnioskiem o sporządzenie projektu uchwały Rady Miasta o charakterze intencyjnym w sprawie utworzenie parku kulturowego Starego Miasta i Zatorza w Olsztynie. Tak więc władze Olsztyna mogą raz i dobrze rozwiązać problem reklam (ale nie tylko) w centrum miasta lub co jakiś czas tracić czas na dyskusje, które niewiele zmieniają!  Pora więc na podjęcie zdecydowanych kroków oraz przygotowanie planu ochrony parku, zawierającego między innymi zasady i warunki umieszczenia reklam, a tym samy raz a dobrze uporać się z problemem niechcianych i szpetnych reklam!

 


[1] BAS-WAL-2531/09 z 13.01. 2010 r.

[2][2]„Park Kulturowy w Krakowie: mniej brzydkich reklam w Starym Mieście” 2013-01-02, http://krakow.naszemiasto.pl/artykul/1674447,park-kulturowy-w-krakowie-mniej-brzydkich-reklam-w-starym,id,t.html  

[3] http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35812,13134487,Jak_Park_Kulturowy_zmienil_centrum_Krakowa.html

 

Blog Krzysztofa Worobca

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.