18 sty 2012

.

Na 5-tym posiedzeniu Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 12 stycznia 2012 r., drugiego dnia obrad odbyło się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie przyrody w zakresie tworzenia i zmiany granic parków narodowych. Choć brzmi to nieco dziwnie, było to drugie pierwsze czytanie – po raz pierwszy projekt, pod którym podpisało się prawie ćwierć miliona obywateli, był już czytany rok temu. „Nasz” punkt obrad sejmu trwał 2 godziny. Obrady prowadził marszałek Cezary Grabarczyk, a na sali obecny był Janusz Zaleski – podsekretarz stanu, Główny Konserwator Przyrody.

(Foto: Stefan Okołowicz; kliknij na zdjęcie by je powiększyć)

Tuż po godzinie 14-tej marszałek zapowiedział:

Przystępujemy do rozpatrzenia punktu 8. porządku dziennego: Pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie przyrody (druk nr 23). Proszę o zabranie głosu przedstawiciela Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej, pana Krzysztofa Worobca, w celu przedstawienia uzasadnienia projektu ustawy”.

Tak oto po raz kolejny przedstawiałem i uzasadniałem posłom projektu ustawy, którego głównym celem jest przełamanie impasu w tworzeniu nowych i powiększaniu istniejących parków narodowych. Zgodnie z międzynarodową definicją, prawem i praktyką międzynarodową oraz ze względu na rangę obiektów o najwyższych walorach przyrodniczych, kompetencje do tworzenia parków narodowych powinny należeć do najwyższych władz krajowych, czyli rządów lub parlamentów. Taka właśnie praktyka jest stosowana w większości krajów europejskich – m.in. w Estonii, Czechach, Niemczech, Austrii, we Włoszech, Francji, w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Danii, Szwecji, ale także w Kanadzie i Nowej Zelandii. Inaczej jest w Polsce: tu najwyższa władza kraju nie może samodzielnie podejmować decyzji o utworzeniu lub powiększeniu parku narodowego, ponieważ samorządy lokalne mogą się na to nie zgodzić i to bez konieczności uzasadnienia swojego zdania. Nie sposób wskazać drugie państwo europejskie, w którym funkcjonowałby podobny model tworzenia parków narodowych!!!

Dlatego też proponujemy powrót do dobrze funkcjonującego stanu prawnego, obowiązującego w Polsce przez 77 lat – od 1934 do 2001 r. – poprzez zmianę obowiązku uzgadniania z samorządami decyzji w tym zakresie na ich opiniowanie. Ta niewielka zmiana (słowa „uzgadnianie” na „opiniowanie”) ma kluczowe znaczenie dla ochrony przyrody i jej zachowania w nienaruszonym stanie dla przyszłych pokoleń. „Uzgodnienie” ma bowiem charakter wiążący, a zatem jeśli organ uchwałodawczy samorządu nie zgodzi się na utworzenie parku narodowego, to tereny o wyjątkowych walorach naturalnych i znaczeniu narodowym czy nawet światowym, nie mogą być chronione jako parki narodowe!

Przyjęcie poprawki nie spowoduje natychmiastowego utworzenia jakiegokolwiek parku narodowego, ale powinno usprawnić zablokowany mechanizm ich tworzenia. Wbrew twierdzeniom przeciwników nowelizacji, że „zakłóci ona funkcjonowanie demokracji”, że „ograniczy samorządy„, że „pozbawi ich prawa do decydowania„, a nawet „uniemożliwi dialog społeczny„. Mamy przeciwne zdanie. Uważamy, że proponowana przez nas ustawa szeroko otworzy zamkniętą do tej pory furtkę do dialogu. Zresztą stanowisko to znalazło potwierdzenie w przywołanej opinii Rady Ministrów: „samorządy zachowują w pełni prawo do decydowania o nieruchomościach będących ich własnością, a organy uchwałodawcze jednostek samorządu terytorialnego zachowują możliwość wyrażania swojego stanowiska poprzez zaopiniowanie odpowiedniego aktu prawnego. Taka forma umożliwi skuteczny dialog pomiędzy organami, bowiem opinia będzie musiała zawierać merytoryczne uzasadnienie. (…) Dzięki temu będzie możliwy dialog prowadzący do wypracowania konsensusu„.

Tyle Rada Ministrów. Podobne stwierdzenie znajdujemy też w opinii Biura Analiz Sejmowych. „Wydaje się, iż słusznie podkreślają projektodawcy, że propozycja ta umożliwi prowadzenie z samorządami prawdziwego dialogu, którego brakowało, gdy dysponowały one prawem weta”.

Po moim wystąpieniu (trwającym 30 minut wystąpieniu) w imieniu klubów poselskich oświadczenia składali:

- poseł Arkadiusz Litwiński (PO) wyraził poparcie projektu i powiedział że wyrażanie opinii przez samorządy jest zasadne, ale stosowanie prawa veta nie: ” czym innym jest wyrażanie opinii, czego jesteśmy zwolennikami,[...] a czym innym jest udzielanie komukolwiek prawa weta. To przywołuje wspomnienia związane z niekoniecznie najlepszymi kartami naszej historii. Weto, liberum veto zawsze kojarzyło się niedobrze„;

- poseł Jerzy Szmit (PiS) wyraził wątpliwości Klubu: ” Ogromne wątpliwości budzi główne przesłanie projektu, które zmierza do pozbawienia organów samorządu terytorialnego możliwości decydowania o utworzeniu bądź poszerzeniu działającego na ich terenie parku narodowego„, wyraził zdanie, że „bezpośrednio zainteresowanych obywateli trzeba po prostu przekonać o tym, że zmiana ta nie utrudni im życia, a może nawet wpłynie na poprawę warunków ich bytowania„, a ostatecznym sprawdzianem mogłoby być referendum;

- poseł Marek Domaradzki (Ruch Palikota) w krótkim wystąpieniu oświadczył: ” Istniejące przepisy niezaprzeczalnie naruszają konstytucyjne prawa obywateli do skutecznej ochrony przyrody [...] Klub Ruch Palikota zagłosuje za proponowanymi zmianami w ustawie o ochronie przyrody.Zagłosuje za nowoczesnym i sprawiedliwym zarządem nad ochroną dobra narodowego, którym niewątpliwie są parki narodowe.”

- poseł Marek Gos (PSL): ” przygotowany przez inicjatywę obywatelską obywatelski projekt ochrony przyrody Klub Parlamentarny Polskiego Stronnictwa Ludowego uważa za co najmniej wątpliwy i dyskusyjny w tym punkcie”,

- poseł Eugeniusz Czykwin (SLD): „chcę oświadczyć, że klub SLD nie poprze projektu, o ile nie znajdą się w nim zapisy gwarantujące rozstrzyganie sporów o zakres i metody działań służących ochronie przyrody w drodze dialogu i poszukiwania rozsądnego kompromisu. Dla nas rozsądny kompromis oznaczać będzie znalezienie rozwiązań, które, zapewniając podwyższanie standardów ochrony przyrody, nie spowodują pogorszenia warunków życia miejscowej ludności”

- poseł Mariusz Orion Jędrysek (Solidarna Polska) w imieniu Klubu stwierdził: „Myślę, że kompromis w tym wypadku musi być wypracowany. Minister środowiska powinien mieć możliwość podejmowania ostatecznej decyzji w tym zakresie, która pomija opinie samorządów terytorialnych, jednocześnie dając możliwość rekompensaty w tym zakresie czy zapewniając jak najmniejszą stratę w interesach” .

Wszyscy posłowie w imieniu swoich klubów docenili nasze społeczne zaangażowanie i opowiedzieli się za skierowaniem ustawy do komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej (jak w zeszłym roku), a poseł PiS dodatkowo do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Następnie w ramach pytań do przedstawiciela inicjatywy i ministra głos zabierali posłowie: Anna Paluch (PiS), Henryk Siedlaczek (PO), Jerzy Borkowski (RP), Marek Domaradzki (RP), Piotr Chmielowski (RP), Piotr Szeliga (RP), Krystyna Kłosin (PO). Na pytania odpowiadał minister Zaleski, który po raz kolejny potwierdził poparcie resortu dla naszego projektu. Po tym, zgodnie z procedurą, zostałem ponownie poproszony o zabranie głosu.

Podziękowałem za poparcie klubom, posłom i ministrowi, mówiłem o 14 krokach modelu szwedzkiego tworzenia parków narodowych i o tym, że parki narodowe nie są hamulcem. Zacytowałem fragment opracowania prof. Tomasza Żylicza z Warszawskiego Ośrodka Ekonomii Ekologicznej: „Analiza faktycznie obserwowanych konfliktów »parkowych« wykazuje, że ludzie obwiniają parki za ograniczenia, które wcale nie są z nimi związane. Podobnie, obwiniają je za utratę możliwości inwestycyjnych, które były iluzoryczne. Ściśle rzecz ujmując, uciążliwości tego typu nie istnieją realnie”.

Apelowałem również o wszczęcie ogólnopolskiej kampanii na rzecz przywrócenia „dobrego wizerunku” parków narodowych i istoty obszarowych form ochrony krajobrazu oraz zasad ich tworzenia. Stwierdziłem, że możliwe jest wypracowanie procedury efektywnych konsultacji i partycypacji, obejmującej wszystkie zainteresowane grupy – także samorządy !

Debatę zakończył marszałek Eugeniusz Grzeszczak informując, że głosowanie nad wnioskiem o skierowanie projektu dodatkowo do komisji rolnictwa odbędzie się „w bloku głosowań”[1].

W obradach towarzyszyła mi Marta Wiśniewska (WWF – upoważniona do ewentualnego zabrania głosu z sejmowej mównicy w moim zastępstwie). 

Pełny stenogram drugiego dnia 5-go posiedzenia Sejmu: http://orka2.sejm.gov.pl/StenoInter7.nsf/0/E5C152E909FE8A04C1257984004A9393/%24File/5_b_ksiazka.pd 

re-transmisja debaty sejmowej: http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/transmisja.xsp?documentId=E5C152E909FE8A04C1257984004A9393&symbol=STENOGRAM_TRANSMISJA

(patrz: pkt 8 – od godz. 14.07 do 16-tej ).


 

[1] w piątek, 13.01 Sejm nie zgodził się, by projekt omawiała także komisja rolnictwa. Za wnioskiem o skierowanie do trzech komisji było 189 posłów, 249 było przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu.

 

11 sty 2012

Sejm zadecyduje o losie polskiej przyrody -  wspólny komunika prasowy niżej podpisanych organizacji:

W czwartek, 12 stycznia br., Parlament nowej kadencji zajmie się obywatelskim projektem zmiany Ustawy o ochronie przyrody, którego celem jest  zmiana przepisów w zakresie tworzenia i zmiany granic parków narodowych. W 2010 roku podpisało się pod nim ćwierć miliona Polaków. Po raz drugi będzie to pierwsze czytanie, bo poprzedni skład Sejmu nie zdążył zająć się doprowadzeniem projektu do decydującego finału. W związku z tym procedura, która ma zadecydować o losach najcenniejszych przyrodniczo obszarów w Polsce, rozpoczyna się od początku. Organizacje ekologiczne, wśród nich Stowarzyszenie Sadyba,wspierające inicjatywę na rzecz oddania parków narodowi, apelują o jak najszybszą zmianę przepisów, które blokują powoływanie nowych parków narodowych i poszerzanie już istniejących.

W Polsce, od dziesięciu lat nie powstał żaden park narodowy. Jednak wciąż w naszym kraju  są obszary, które wymagają skutecznej formy ochrony, a taką jest w stanie zapewnić wyłącznie park narodowy. Ustawa o ochronie przyrody w obecnym kształcie uniemożliwia nie tylko tworzenie nowych parków narodowych, ale również powiększanie już istniejących. Blokowane jest powołanie nowych: parków  Jurajskiego, Mazurskiego i Turnickiego. Na poszerzenie czeka Białowieski Park Narodowy. Objęcie ochroną całej Puszczy Białowieskiej nie jest możliwe, bo władze samorządowe mogą wetować plany Ministra Środowiska, odpowiedzialnego bezpośrednio za parki narodowe. W praktyce oznacza to, że skarby polskiej przyrody, które są dziedzictwem całego narodu, nie są chronione skutecznie.

Do zadań państwa polskiego należy zapewnienie należytej ochrony dziedzictwa przyrodniczego między innymi poprzez tworzenie i powiększenie parków narodowych. Zadania te nie mogą być jednak skutecznie realizowane przez Rząd, bo zgodnie z obowiązującymi przepisami Ustawy o ochronie przyrody Rada Ministrów jest zobowiązana przedłożyć projekt rozporządzenia o powołaniu lub zmianie granic parku narodowego stosownym jednostkom samorządu, które mają prawo odmówić jego uzgodnienia. Tym samym Rząd nie ma wpływu na bezpieczeństwo ekologiczne państwa, o którym mowa w artykule 5 Konstytucji RP. Obywatelski projekt zmian w ustawie o ochronie przyrody, zastępujący niefortunne prawo weta konsultacjami, umożliwi Rządowi realizowanie polityki ekologicznej w zgodzie z Konstytucją.

11 sierpnia 2010 roku w oświadczeniu dla mediów poprzedni Minister Środowiska, profesor Andrzej Kraszewski, przyznał, że mamy złe prawo, które uniemożliwia rządowi tworzenie i zmianę granic parków narodowych – przypominają organizacje ekologiczne.  Nieznane jest jednak stanowisko nowego Parlamentu. Ekolodzy mają nadzieję, że tym razem procedura legislacyjna zostanie przeprowadzona w szybki i sprawny sposób, a parlamentarzyści wysłuchają głosu obywateli, którzy podpisali się pod obywatelskim projektem zmian.

Kadzidłowo – Warszawa, dn. 10-01-2012

Lista (w porządku alfabetycznym) organizacji ekologicznych, które popierają obywatelski projekt zmiany ustawy o ochronie przyrody :

Client Earth

Fundacja Dzika Polska

Fundacja Ekologiczna Arka

Fundacja EkoRozwoju

Greenpeace Polska

Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków

Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

PTOP Salamandra

Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur “Sadyba”

Stowarzyszenie na Rzecz Utworzenia i Ochrony Mazurskiego Parku Narodowego

Towarzystwo Ochrony Krajobrazu

WWF Polska

22 gru 2011

Tym razem poruszę temat wydawałoby się „polityczny”, bo dotyczący referendum w sprawie usunięcia wybranego niedawno burmistrza. Ale to tylko pozór bowiem problem dotyczy kontaktów „władzy” (samorządowej) z organizacjami społecznymi. Te ostatnie nie są traktowane jak sojusznik  czy partner w dyskusji i zbyt często są marginalizowane i/lub traktowane przez sprawujących wadzę jak „szkodnik”(wyjątek stanowią organizacje związane edukacją i pomocą dla dzieci i młodzieży – bo one wyręczają samorządy, oraz organizacje sportowe). Niestety takie postępowanie obserwuję od  lat nie tylko na szczeblu gminnym…

Gdy jakiś czas temu, w trakcie podróży, otrzymałem SMS-a informującego, że w gminie Ruciane-Nida (w której mieszkam i w której siedzibę ma Stowarzyszenie Sadyba) szykuje się referendum w sprawie odwołania burmistrza …między innymi z powodu jego kontaktów z Sadybą, pomyślałem że to marny żart. Co prawda przywykłem już do wszelkiego rodzaju pomówień na temat Stowarzyszenia, którego jestem współzałożycielem i prezesem, dlatego wcale nie zdziwiłaby mnie plotka o tym, że to Sadyba odpowiada za demonstracje w Atenach i upadek greckiego rządu, dymisję Berlusconiego, klęskę nieurodzaju i plagę szarańczy w Afryce, tsunami czy tegoroczny nieurodzaj grzybów, ale gdy już zobaczyłem ulotkę wydaną przez zwolenników odwołania w referendum nie tak dawno wybranego burmistrza, ogarnęło mnie przerażenie. W tej anonimowej ulotce napisano, że:

doskonale widać. że po 10 miesiącach urzędowania tych Panów na tym stanowisku, – gmina znajduje się na krawędzi upadłości [a za to] mamy wzmożoną współpracę z Sadybą i Parkiem Krajobrazowym – instytucjami, które dążą do utworzenia parku narodowego„.

Z takiego zestawienia wygląda, że miedzy tymi faktami istnieje jakiś tajemniczy związek  - jaki, nie wiem. Ja nie zauważyłem owej „wzmożonej” współpracy obecnego burmistrza z Sadybą (wzmożonej współpracy nie zauważył też dyrektor Mazurskiego Parku Krajobrazowego – o czym poinformował mieszkańców w listopadowym biuletynie gazety gminnej), a już zwłaszcza w sprawie utworzenia parku narodowego. Owszem, tuż po wyborach samorządowych spotkałem się z nową ekipą rządzących w gminie Ruciane-Nida ….w Warszawie, w Sejmie, w podkomisji do spraw zmiany ustawy w zakresie tworzenia parków narodowych. Tyle tylko, że tam siedzieliśmy naprzeciw siebie, reprezentując dwa skrajne obozy: ja zwolenników zmiany przepisów ułatwiających tworzenie parków narodowych, a pan Oplach burmistrz Rucianego – Nidy, reprezentował samorządowców stanowczo sprzeciwiających się tej zmianie. Później spotkaliśmy się także w Technikum Leśnym w Nidzie na tzw. „konsultacjach społecznych” (sic!) w sprawie utworzenia (lub nie) parku narodowego na Mazurach, ale tam też aż nadto  widoczne było jak wielka dzieli nas różnica zdań. Jednak pomimo tak odmiennych zdań, także w kwestii utworzenia  starowierskiego parku kulturowego (pisałem o tym projekcie wielokrotnie na blogu) – ja jestem za, burmistrz przeciw, rozmawiamy ze sobą, nie kłócimy się i nie obrażamy, bo każdy z nas ma przecież prawo do własnego zdania, i to szanujemy. Jest to zupełnie nowa jakość, bo z poprzednim burmistrzem nie było ani współpracy ani możliwości jakiegokolwiek dialogu.

 

Powyżej fragment ulotki o ktorej mowa w tym tekście (by powiększyć kliknij na obraz )

Wracając do ulotki nawołującej do referendum:  jej anonimowi autorzy (a więc w domyśle grupa ludzi która chce przejąć władzę w gminie, bo przecież nikt nie chce tylko odwołania burmistrza jeśli  nie ma swojego kandydata na ten stołek) zarzucając obecnemu burmistrzowi „wzmożoną współpracę z Sadybą„  pokazują iż oni nie są zwolennikami współpracy z organizacjami pozarządowymi, a to  jest już niezgodne nie tylko z dobrymi obyczajami, ale też z obowiązującym prawem, w tym z konstytucją!

Już w preambule naszej ustawy zasadniczej czytamy przecież: „…ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym…” a ten dialog społeczny opiera się na równym traktowaniu wszystkich obywateli, bowiem: „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny” (artykuł 32). Ponadto zgodnie z artykułem 12: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników, stowarzyszeń, ruchów obywatelskich, innych dobrowolnych zrzeszeń oraz fundacji.”, a władze samorządowe – nie tylko burmistrz Rucianego – Nidy, mają przecież ustawowy obowiązek współpracy z organizacjami pozarządowymi (!!!). Obowiązek ten określa bardzo wyraźnie ustawa z dnia 8 marca 1990 roku o samorządzie gminnym, w której artykule 7 zapisano, że:

Zaspokajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty należy do zadań własnych gminy. W szczególności zadania własne obejmują sprawy:

19) współpracy z organizacjami pozarządowymi.”

Z przykrością stwierdzam – a przedstawiciele wielu innych organizacji pozarządowych to potwierdzają, że zbyt wielu samorządowców nie wywiązuje się z tego zadania traktując działające zgodnie z prawem organizacje jak wrogów (wynika to często z mylnego przeświadczenia iż społecznicy zechcą odebrać im władzę – co jest nonsensem), a z wrogiem się nie rozmawia i nie współpracuje. Taka postawa świadczy o nieznajomości prawa oraz podstawowych zasad funkcjonowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego (ale też złym wychowaniu). Postawa ta skutkuje tym, że często podejmowane są próby wyeliminowania społeczeństwa (organizacji społecznych, które są jego częścią) z procesu podejmowania decyzji, także poprzez odmowę ich udziału w przewidzianych prawem postępowaniach administracyjnych. Jakże często społeczeństwo (organizacje społeczne) dowiadują się za „za pięć 12-ta” o planach mających poważny wpływ na los ich i ich najbliższej okolicy (lub dowiadują się już po fakcie). Opisywane w poprzednim moim wpisie przykłady (budowa wiatraków koło Korsz, planowana żwirownia w Rusi) są jednymi z wielu…

 

21 lis 2011

 

Zakończona niedawno kampania „Mazury – Cud Natur”  przyczyniła się do promocji nie tylko Mazur, ale całego województwa warmińsko-mazurskiego. To dobrze, ale szkoda jednak, że samorządowcy i urzędnicy wszelkich szczebli, którzy z takim zapałem zajmowali się wirtualną promocją i namawiali do głosowania w internecie, nie mieli (nie mają) takiego samego zapału by chronić ów cudy natury. Mało tego, to oni właśnie często są zagorzałymi przeciwnikami realnej jego ochrony, a przykładem tego jest choćby ich sprzeciw wobec planów utworzenia parku narodowego (zajmującego powierzchnię ok. 1.5 % województwa), bo podobno… zahamuje to rozwój całego regionu, lub przyzwolenie na budowę trasy tranzytowej przecinającej Krainę Wielkich Jezior! Decydenci ci godzą się natomiast na inwestycje mogące owemu cudowi natury zaszkodzić. Godzą się – często wbrew protestom społeczności lokalnych, na inwestycje degradujące wartość regionu, działając nie tylko wbrew głoszonym hasłom o wyjątkowości naszego krajobrazu (= natury), ale też przeciwko tym, którzy ich wybrali lub którym mają – jako urzędnicy państwowi -  służyć! Przykłady takich działań jest wiele – poniżej kilka z nich.

Mieszkańcy wsi Ruś protestują przeciwko utworzeniu wielkiej żwirowni, której eksploatacja doprowadzi do zniszczenia krajobrazu i zakłóci wyjątkowy, letniskowy charakter wsi zwanej niegdyś „Warmińską Szwajcarią”. Mieszkańcy ci zrzeszyli się, zakładając stowarzyszenie, by móc działać skuteczniej. Niestety wójt gminy Stawiguda nie wspiera ich w działaniach, nie widząc nic szkodliwego w lokalizacji tej inwestycji. Nie wspiera, choć to on powinien przecież reprezentować interesy mieszkańców wsi Ruś, a nie interes inwestorów -  nawet gdyby ci ostatni obiecywali złote góry (bo inwestycja wiąże się przecież z utratą spokoju i jakości życia jego sąsiadów i wyborców)!

Podobna sytuacja jest w gminie Reszel, gdzie mieszkańcy protestują przeciwko planom budowy farmy elektrowni wiatrowych. Poza uzasadnionymi obawami zbyt bliskiej lokalizacji planowanej inwestycji od siedzib ludzkich protestujący zwracają uwagę na ich negatywny wpływ na cenny przyrodniczo i kulturowo krajobraz: ponad 200 – metrowej wysokości wiatraki mają stanąć na obszarze pomiędzy wsiami Pilec, Bezławki i Święta Lipka. Ławo sobie wyobrazić rewitalizowaną właśnie barkową perełkę jaką jest sanktuarium w Świętej Lipce, czy też wyjątkowy gotycki kościół w Bezławkach z kręcącymi się wiatrakami w tle! Orędownikiem takiej „metamorfozy krajobrazu” jest burmistrz Reszla, wspierany przez radnych, którzy uważają, że wiedzą lepiej czego potrzebują ich wyborcy, a ich najważniejszym argumentem są zyski (potencjalne) jaki niesie zgoda na lokalizację wiatraków. Samorządowcy z Reszla popierają budowę wiatraków wbrew woli mieszkańców oraz dotychczasowej strategii, z której wynika, że priorytetem gminy jest rozwój turystki!

Reszel ze względu na swój wyjątkowy koloryt, zabytki oraz stałą obecność artystów ma (miał?) wyjątkowy potencjał i szansę bycia „Kazimierzem Północy”. Niestety władze miasta potencjału tego nie potrafiły do tej pory wykorzystać, a w mieście walą się zabytki – niedawno runął zabytkowy budynek dawnego hotel „Pod królem Prus” pozostawiony przez swojego właściciela na pastę losu. Bez szybkiej i skutecznej interwencji taki sam los spotka zapewne piękną, barokową plebanię stojącą między zamkiem a farą (już widać dziury w dachu, a penetrująca woda i zima mogą szybko doprowadzić do kolejnej katastrofy budowlanej). Mając przysłowiową kurę, która mogłaby znosić złote jaja, burmistrz jednego z najładniejszych miasteczek (na dodatek należącego do sieci miast Citta – slow, a więc propagującej koncepcję dobrego, miłego i spokojnego życia oraz lokalne produkty spożywcze, rzemiosło bazujące na tradycji lokalnej, drobne firmy rodzinne, budownictwo ekologiczne, oraz pełną kontrolę środowiska, jakość powietrza, wody etc.) w poszukiwaniu zysków dla gminy godzi się na budowę wiatraków, godząc się na zniszczenie walorów krajobrazowych gminy oraz spokój wielu jej mieszkańców!

W sąsiedniej gminie Korsze protestów społecznych  nie było, bo tam kilkanaście wiatraków już wzniesiono … po cichu i bez stosownych konsultacji. Zaskoczeni mieszkańcy z tego faktu nie są wcale zadowoleni: „Sołtys Małgorzata Zubek mówi, że mieszkańcom najbardziej przeszkadza ich szum, który szczególnie daje się we znaki w nocy. Są też problemy z oglądaniem telewizji [...] Tego przed postawieniem turbin nie było. Byliśmy też bardzo oburzeni, że o budowie farmy dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy zaczęli stawiać te wiatraki po żniwach w 2010 r.” (G. Wyborcza/Olsztyn 28. 07. 2011). Ich niezadowolenie byłoby jeszcze większe, gdyby wiedzieli o skutkach lokalizacji wiatraków zbyt blisko siedzib ludzkich: w literaturze medycznej opisano negatywny wpływ elektrowni wiatrowych (hałas, migotanie świateł, emisja infradźwięków niesłyszalnych dla ludzkiego ucha) na zdrowie mieszkających w promieniu 3 kilometrów ludzi jako chorobę wiatrakową lub tzw. syndrom turbiny wiatrowej. Z tego powodu na zachodzie wiatraki stawia się w odległości 2,5 kilometra (lub dalej) od siedzib ludzkich, a u nas zaledwie w odległości 350 metrów! Niestety, władza  mająca „mandat społeczny” ignoruje to, używając demagogii: „Myślę, że tym ludziom, którzy protestują trzeba na miesiąc zabrać elektryczność i może wtedy zrozumieją, że prąd jest potrzebny – komentuje. – Elektrownie wiatrowe są jedną z bezpieczniejszych form pozyskiwania energii, dużo korzystniejszą dla środowiska niż np. węglowe czy jądrowe. Jeśli chcemy obywać się bez prądu i wrócić do średniowiecza, to proszę bardzo.” (to wypowiedź Ryszarda Ostrowskiego – burmistrza Korsz – G. Wyborcza/Olsztyn. 21. 09. 2011).

Właśnie dlatego że nie żyjemy w średniowieczu mamy świadomość oraz iwiemy jakie negatywne skutki mogą przynieść takie złe inwestycje. Poza tym jestem pewien: gdyby 350 metrów od domu wójta gminy Korsze planowano farmę ponad 200-metrowych wiatraków, a wójtowi Stawigudy tuż za płotem żwirownię, z której olbrzymie ciężarówki hałasując i kurząc woziłby całymi dniami żwir, to powołując się na demokrację i partycypację społeczną czyniliby wszystko, by do inwestycji tych nie dopuścić, a nie opowiadali bajki o powrocie do średniowiecza!

Wbrew demagogicznym stwierdzeniom, nikt nie chce powrotu do średniowiecza, nikt też nie protestuje generalnie przeciwko budowie wiatraków czy żwirowni, lecz przeciwko ich lokalizacji – złej ze względów społecznych, krajobrazowych i  przyrodniczych! Między innymi z tego powodu w Olsztynie, w dniu 16 września 2011 roku doszło do spotkania przedstawicieli dziewięciu stowarzyszeń  działających na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego Warmii i Mazur, który utworzyli Koalicję „Bezpieczna Energia” i przyjęli wspólną deklarację programową wyrażającą zdecydowany sprzeciw wobec niekontrolowanego  rozwoju energetyki wiatrowej. Tym samym Koalicja dołączyła do grona organizacji społecznych działającej w obronie społeczeństwa przed szkodliwym oddziaływaniem farm wiatrowych na turystykę, jakość życia mieszkańców i wartość ich nieruchomości. Należy podkreślić, że stowarzyszenia tworzące koalicję wyrażają niezadowolenie z  takiego procesu planowania, który narusza podstawowe zasady demokratyczne, dlatego chcemy by najpierw określone zostały szczegółowe wytyczne określające warunki realizacji inwestycji tego typu i domagamy się pilnego wszczęcia rzetelnych badań nad sposobem realizacji projektu energetyki wiatrowej w naszym kraju, a w szczególności regulacji prawnych dotyczących polityki przestrzennej, ochrony zdrowia, przyrody i dziedzictwa kulturowego, wykluczających  lokalizacje elektrowni wiatrowych zbyt blisko obiektów mieszkalnych i najcelniejszych obszarów przyrodniczych i kulturowych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

08 paź 2011

 O Muzeum Nowoczesności w Olsztynie – raz jeszcze.

Jeszcze na temat  zagospodarowania zabytkowego tartaku Raphaelsohnów w Zakolu Łyny w Olsztynie – profesor Robert Traba wrzucił po raz kolejny swój „kamyczek” do „tartaczno-muzealnego ogródka” (patrz wpis poprzedni). Tak naprawdę to nie wrzucił „kamyczek”, ale postawił bardzo solidny „kamień milowy” w postaci autorskiej wizji „Muzeum Nowoczesności. Robert Traba pisze: „w „nowoczesności” zawiera się potencjał opowiedzenia najważniejszego dla zrozumienia współczesności fragmentu historii regionalnej i europejskiej zarazem, okresu między rokiem 1871 a dniem dzisiejszym. Kwintesencją muzeum powinna być nie maszyna i sensu stricte technika, lecz CZŁOWIEK i jego uwikłanie w nowoczesne przemiany. Poprzez takie zdefiniowanie przesłania Muzeum można, wykorzystując naturalne przestrzenie (tartak, zajezdnia), materialne zdobycze techniki oraz nowoczesne środki audiowizualne, zarówno opowiedzieć o roli nowoczesności w dwóch totalitaryzmach (lata 30. i I połowa lat 50. XX wieku), wielkiej transformacji po 1989, jak i o zmianach jakości życia codziennego, oddziaływaniu na mniejszości narodowe itp.[...] Olsztyńskie muzeum powinno być tożsamościowe, ale jednocześnie w pełnym znaczeniu tego słowa otwarte, kontrowersyjne, ale nie konfliktowe, wieloperspektywiczne, ale nie ideologiczne. To zarazem autorska wizja muzeum narracyjnego, którego: „sensem jest opowieść o przeszłości za pomocą konstruowania przestrzeni, wyboru eksponatów, wizualizacji plastycznych [i które] od 2013 roku powinno się ono stać samodzielną instytucją miejską (z czasem w koalicji z władzami wojewódzkimi i centralnymi). Jej zadaniem byłoby opracowywanie szczegółowej koncepcji, gromadzenie zbiorów, specjalistyczne badanie dziejów miasta, związków między rozwojem techniki i kultury w ciągu ostatnich 150 lat historii Europy”.

Wizja Roberta Traby może wydawać się zbyt śmiała i rewolucyjna. Wbrew pozorom nie jest to jednak koncepcja ewolucyjna – to kreatywne i dojrzałe rozwinięcie wcześniejszej idei utworzenia w budynku tartaku „Muzeum techniki i rozwoju regionalnego”. Przypomnę, że historię opuszczonego tartaku przy ul. Knosały odkrył pasjonat historii Olsztyna Rafał Bętkowski, który starał się losem zaniedbanego budynku zainteresować wiele osób, media i organizacje społeczne, ale – jak później pisał – trafiał na niewidzialny mur niemożności, bo „środowisko olsztyńskie okazało się w tamtej konstelacji układów zupełnie nie przygotowane i za słabe” (aby podjąć się ratowania zabytku, na którym ówczesne władze postawiły przysłowiowy krzyżyk). Sytuacja uległa zmianie w sierpniu 2007 r.: Stowarzyszenie Sadyba złożyło wniosek do wojewódzkiego konserwatora zabytków i w listopadzie 2007 r. „budynek w konstrukcji szkieletowej z ceglanym wypełnieniem […] ostatni już przykład architektury industrialnej na terenie pierwszej olsztyńskiej dzielnicy przemysłowej” został wpisany do rejestru zabytków. Planowany do rozbiórki budynek ocalał, pozostał problem: jak zagospodarować uratowany zabytek? Rafał Bętkowski zaproponował utworzenie muzeum techniki, ja „muzeum industrialnego rozwoju miast i regionu - nowoczesnego muzeum pokazującego drogi dojścia do „nowoczesności”, w którym zabytki techniki oraz przedmioty życia codziennego ilustrowałyby etapy rozwoju (a więc w odróżnieniu od istniejących muzeów techniki, zabytki techniki w powiązaniu z dokumentacjami fotograficznym, kartograficznymi, filmami archiwalnymi, wszelkiego rodzaju dokumentami i drukami miałyby „funkcję służebną” w przedstawianiu historii Olsztyna i regionu)”(więcej: Borussia nr 46/2009), a więc w zamyśle muzeum narracyjne ukazujące „drogę ku nowoczesności”. Koncepcja ta, poparta przez kolację stowarzyszeń w składzie: Sadyba, Święta Warmia, Forum Rozwoju Olsztyna, Stowarzyszenie Konserwatorów Zabytków i Borussia (w kolejności „ukazywania się na scenie”), początkowo była odrzucana przez ówczesne władze miasta, jednak w końcu znalazła także poparcie Prezydenta Olsztyna, dzięki czemu jest obecnie realizowana przy zaangażowaniu Miejskiego Ośrodka Kultury. Dzięki pozyskaniu unijnych funduszy budynek tartaku będzie wyremontowany i przez najbliższe lata będzie musiał (zgodnie z wymaganiem projektu) pełnić funkcję placówki muzealno – wystawienniczej jako „Centrum Techniki i Rozwoju Regionu „Muzeum Nowoczesności”(podporządkowane MOK-owi). Zgodnie z wymogami unijnej dotacji przez 5 lat w placówce tej nie będzie można sprzedawać biletów ani prowadzić jakiejkolwiek działalności zarobkowej. Po tym okresie centrum wystawiennicze będzie można jednak przekształcić w muzeum z prawdziwego zdarzenia. Dlatego też rozpoczęcie rewitalizacji budynku nie zamknęło dyskusji na temat kształtu tworzonego w nim muzeum, oraz zagospodarowania terenu wokół niego (zwłaszcza znajdującej się po sąsiedzku budynku dawnej zajezdni), jak również miastotwórczego znaczenia planowanej inwestycji i całego Zakola Łyny. Jest bowiem szansa, by tartak stał się nie tylko ozdobą miasta, ale po raz kolejny przyczynił się do jego rozwoju. To przecież nie tylko ostatni, cudem ocalały obiekt z pierwszej olsztyńskiej dzielnicy przemysłowej. To nie tylko świadek historii, ale też jej „aktywny współtwórca”, ponieważ pod koniec XIX w. jako „producent” materiałów budowlanych przyczynił się do rozwoju nowoczesnego miasta. Teraz, na początku XXI w., tartak zamieniony na muzeum może ponownie przyczynić się do rozwoju Olsztyna: wpływając nie tylko na wygląd Zakola Łyny, ale też na centrum miasta, stając się niezmiernie istotnym punktem na osi od koszar artyleryjskich poprzez Park Centralny (planowany) po areszt (a więc osi, wzdłuż i wokół której powinno się rozwijać centrum miasta).

Realizacja koncepcji Roberta Traby daje szansę, jakiej Olsztyn nie miał od lat: szansę utworzenia muzeum jakiego nie ma nie tylko w Polsce, ale bodajże w całej Europie.

Czy koncepcja ta jest jednak możliwa do realizacji? Wiele osób być może uważa, że nie. Moim zdaniem tak! Na świecie trwa „muzealny boom”: wraz z rozwojem technik wystawienniczych, zmianą zainteresowań oraz koniecznością gromadzenia eksponatów i śladów działalności człowieka następuje wzrost zainteresowań muzeami. Powstają muzea tematyczne i narracyjne, odbiegające od tradycyjnych „świątyń sztuki”, które stają się chlubą miast (nadając im nową jakość i rangę) oraz magnesem dla turystów. Powstają muzea – kolosy (Muzeum Akropolu w Atenach, Muzeum Sztuki Islamskiej w Katarze, Muzeum Architektury i Sztuki XXI Wieku w Rzymie) i mniejsze, bardzo często śmiałe w pomyśle i futurystyczne w kształtach: np. nie posiadające (z złożenia!) własnych zbiorów Contemporary Jewish Muzeum w San Francisco (zaprojektowane przez Daniela Libeskinda jako dobudówka do budynku elektrowni z początku XX w.), Muzeum Niewinności w Stambule (inspirowane powieścią tureckiego noblisty Ohrana Pajuka), muzeum sztuki małżeństwa – artystów Arp w nowoczesnym budynku połączonym z czynną, zabytkową stacją kolejową w Rolandseck nad Renem; muzeum Mercedesa czy Porsche (oba w Stuttgarcie). „Muzealny boom” trwa też w Polsce, gdzie powstaje około 40 placówek muzealnych. W Warszawie powstaje ich kilka, wszystkie bardziej nowoczesne niż podawane często za wzór Muzeum Powstania Warszawskiego (w 2009 roku ponad 500 000 zwiedzających!): otwarto już Muzeum Fryderyka Chopina (koszt 81,5 mln zł, z czego 50 mln zł dało państwo, resztę Unia Europejska) oraz Centrum Nauki „Kopernik” (koszt 364,8 mln zł, z czego aż 207 mln zł z EU), planowane są: Muzeum Historii Żydów Polskich (koszt: 252 mln zł – finansowanie: państwo, miasto i darczyńcy), Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Historii Polski (koszt 350 mln zł, z tego 300 mln zł z UE), Muzeum Wojska Polskiego (koszt 470-480 mln zł – trwają starania o dofinansowanie EU). Muzea i galerie powstały, są budowane bądź planowane także w innych miastach – większych i mniejszych: Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Katowicach, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu, Białymstoku, Rzeszowie, Częstochowie i Radomiu.

Krakowie, w dawnej i opuszczonej zajezdni tramwaju konnego otwarto Muzeum Inżynierii Miejskiej.

 

Przy zabytkowej zajezdni w Krakowie, pod piramidą ze szkła, można oglądać zbiornik na paliwo (może to dobre rozwiązanie dla zabytkowej komory kanalizacyjnej Shone’a w Olsztynie ?).

Jest tam też edukacyjny plac zabaw.

W Olsztynie i województwie mamy (na razie) „muzealną prowincję”, bo od lat (poza kilkoma prywatnymi) nie powstało tu żadne nowe muzeum.

Wiele osób krytykuje pomysł „kosztownej adaptacji ruiny”, czyli rewitalizacji olsztyńskiego tartaku. A co powiedzą o utworzeniu Muzeum Nowoczesności, które – jak proponuje prof. Traba – będzie wiązało się także z powołaniem nowej instytucji kultury? Warto więc przypomnieć, że nie tak dawno dyskutowano na temat Olsztyna jako metropolii oraz z tej okazji zwrócić uwagę, że metropolia to nie tylko duże miasto, które stanowi centrum gospodarcze większego obszaru, ale też jego centrum kulturalne !. Warto zwrócić również  uwagę, że ustawa o samorządach gminnych z 1990 roku określa jasno, że „powoływanie i utrzymanie instytucji kultury – w tym także muzeów należy do zadań własnych gminy” (artykuł 7.1.9), a z ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej z 1991 roku wynika, że jest to działalność o charakterze obowiązkowym (artykuł 9.1 i 9.2). Wymawianie się natomiast brakiem środków finansowych – jako barierą utrudniającą tworzenie muzeum, może świadczyć jedynie o braku woli politycznej, ignorowaniu historii i dziedzictwa kulturowego i/lub niskiej operatywności władz. Z punktu widzenia długofalowej strategii rozwoju miasta, fundusze niezbędne do utworzenia kolejnej placówki muzealnej – choć duże dla zwykłego śmiertelnika, w porównaniu do innych inwestycji infrastrukturalnych nie są ani duże, ani nieosiągalne, a to, że są osiągalne, pokazuje powyższa lista tworzonych muzeów tworzonych obecnie w Polsce. Muzeum nie tworzy się po to, by wykorzystać tylko fundusze z najbliższego programu unijnych dotacji, dlatego warto pamiętać, że tworzy się je na wieki, a ten proces tworzenia jest długotrwały, potrzebne są więc długofalowe i konsekwentne działania (nie obliczone na okres jednej kadencji urzędowania władz miejskich). Przykładem udanych realizacji takich długofalowych planów jest powstanie Forum Kultury (Kulturforum) w Berlinie czy Dzielnicy Muzealnej (Museums Quartier) w Wiedniu. W Berlinie, na zniszczonym w 1945 r. obszarze w pobliżu parku Tiergarten powoli i konsekwentnie przez pół wieku powstawał kompleks najważniejszych w mieście instytucji kultury (Filharmonia Berlińska wraz z muzeum instrumentów muzycznych, Biblioteka Państwowa, liczne muzea i galerie: Neue Nationalgalerie, Gemäldegalerie, Kunstgewerbemuseum), a poszczególne budowle projektowali światowej sławy architekci jak Mies van der Rohe czy Hans Scharoun. Natomiast w centrum zabytkowego Wiednia – tuż obok cesarskiego Hofburgu i klasycznych muzeów sztuki, powstała 10 lat temu Dzielnica Muzealna – centrum sztuki współczesnej (Muzeum Leopoldów, Kunsthalle, Muzeum Sztuki Współczesnej). Ten – początkowo krytykowany (przez media i konserwatywną część społeczności) projekt mniejszości został szczęśliwie zrealizowany i dzisiaj stanowi jedną z wizytówek Wiednia.

Taką wizytówką Olsztyna  może w przyszłości stać się Zakole Łyny. Robert Traba pisze: „Olsztyn nie był i nie będzie, ani Wiedniem, ani Paryżem. Olsztyn ma jednak potencjał na muzeum, które swoją atrakcyjnością może się równać z najlepszymi europejskimi projektami [...] Olsztyn ma szansę realizacji Muzeum Nowoczesności z kilku względów. Jest pomysł. Jest siła i potrzeba społeczna. Jest wstępna przychylność władz miejskich. Jest czas na debatę i porządne przygotowanie strategii.”

 Mam nadzieję, że wizja profesora Traby (pomimo iż „odsuwa w cień” koncepcję, której byłem współautorem) znajdzie szerokie uznanie i skłoni władze Olsztyna do podjęcia odważnej decyzji o jej realizacji – z pożytkiem dla nas wszystkich i dla przyszłych pokoleń.

 Warto dodać, że wizję Profesora Traby popiera Rada Programowa „Centrum Technii i Rozwoju Regionu „Muzeum Nowoczesności”.

15 wrz 2011

Dyskusja na temat zagospodarowania zabytkowego tartaku Raphaelsohnów w Zakolu Łyny w Olsztynie trwa od 2007 roku. Przypomnę, że historię opuszczonego i zaniedbanego budynku na zapleczu Knosały (poniżej) odkrył pasjonat historii Olsztyna Rafał Bętkowski, który starał się losem opuszczonego budynku zainteresować wiele osób, media i organizacje społeczne, ale jak później pisał, trafiał na niewidzialny mur niemożności, a „środowisko olsztyńskie okazało się w tamtej konstelacji układów zupełnie nie przygotowane i za słabe” aby podjąć się ratowania zabytku. Sytuacja uległa zmianie w sierpniu 2007 r., gdy Stowarzyszenie Sadyba złożyło wniosek, dzięki czemu w listopadzie 2007 r. do wojewódzkiego rejestru zabytków został wpisany „budynek w konstrukcji szkieletowej z ceglanym wypełnieniem […] ostatni już przykład architektury industrialnej na terenie pierwszej olsztyńskiej dzielnicy przemysłowej”. Od tego czasu trwa dyskusja nad sposobem wykorzystania budynku. Rafał Bętkowski zaproponował utworzenie muzeum techniki, ja „muzeum industrialnego rozwoju miast i regionu - nowoczesnego muzeum pokazującego drogi dojścia do „nowoczesności”, w którym zabytki techniki oraz przedmioty życia codziennego ilustrowałyby etapy rozwoju”,  a więc w zamyśle muzeum narracyjnego ukazującego drogę ku „nowoczesności”.

W dyskusji na temat przyszłości tartaku głos zabierał m.in. profesor Robert Traba (jego życiorys poniżej), który po raz kolejny wrzuca swój kamyczek do „tartacznego ogródka” (tak na prawdę to nie tylko wrzuca kamyczek, ale stawia solidny kamień milowy).

Poniżej jego – jakże interesująca – wizja wyrażona w formie eseju:

Robert Traba 

MUZEUM NOWOCZESNOŚCI.

Projekt stosowania historii w przestrzeni miejskiej (Szkic do koncepcji)

Z punktu widzenia człowieka „kultura” jest skończonym wycinkiem bezsensownej nieskończoności wydarzeń świata, któremu nadajemy sens i znaczenie.

Max Weber

Historia projektu muzealnego w zakolu Łyny, zwanego Tartakiem Raphaelsohnów jest już w połowie sukcesem. Obiekt wydobyty z niebytu mógłby dzisiaj być małą folklorystyczną izbą regionalną. Lista tych, którzy uratowali obiekt i wyrwali go z zapomnienia jest długa. Dzięki odkryciu i interwencji najpierw pana Rafała Bętkowskiego, później Krzysztofa Worobca i „Sadyby”, inspirującemu pomysłowi Forum Rozwoju Olsztyna i zaangażowaniu wielu stowarzyszeń, wreszcie dzięki słusznej decyzji Prezydenta Miasta w projekt tchnięto nowe życie, zmieniając jego przeznaczenie na „muzeum techniki i rozwoju”. Obserwując toczącą się pierwszą fazę batalii o przeznaczenie tartaku napisałem w liście otwartym do Prezydenta Olsztyna we wrześniu 2009 roku m.in.:

Opowiadam się za „Muzeum Nowoczesności Olsztyna” [w tartaku Raphaelsohnów ]. Jego merytoryczne ramy nie powinny zamykać się na roku 1945, lecz sięgać do współczesności. Przekraczając granice „niemieckiego” i „polskiego” Olsztyna otwieramy zupełnie nową perspektywę opowieści historii. Symbolem dnia dzisiejszego mogłaby być nie tylko renowacja starego tartaku i przekształcenie go w muzeum, lecz również stworzenie nowoczesnego, architektonicznego kontrapunktu, który stałby się żywym centrum kultury i alternatywną, żywą galerią prezentacji twórczości młodych olsztynian. […] Pewny jestem, że drugiej takiej szansy – stworzenia kreatywnego centrum muzealnego – Olsztyn nie będzie miał w najbliższych dziesięcioleciach.

Pełny sukces nowego projektu muzealnego Olsztyna to nie tradycyjne muzeum techniki, lecz Muzeum Nowoczesności. To zdanie podzielają dzisiaj wszyscy członkowie Rady Programowej. Otwartym pytaniem pozostaje: Czym ma/może być w praktyce Muzeum Nowoczesności w Olsztynie? 

NOWOCZESNOŚĆ

Nowoczesność to postęp. Nowoczesność to dobrobyt, rozwój techniki i lepsze życie codzienne. Nic bardziej złudnego, gdybyśmy się chcieli ograniczyć jedynie do tych skojarzeń. Bo nowoczesność to również wielkie transformacje społeczne miażdżące siłą swoich przeobrażeń mniej dostosowane warstwy społeczne, narodowe mniejszości. Nowoczesność to również projekt „nowego człowieka” w systemach autorytarnych i totalitarnych. To wreszcie sztuka, literatura, która zrywa z dotychczasową konwencją, pulsuje i burzy ustalone kanony, by…z czasem ulec komercjalizacji. Nowoczesność to dobrodziejstwo i przekleństwo, które towarzyszyło człowiekowi od zawsze.

Na temat nowoczesnych przemian napisano już cała bibliotekę. Ramy mojej koncepcji tworzą cztery klasyczne już, panoramiczne, naukowe eseje. Dla Kanadyjczyka Morrisa Eksteinsa (Święto wiosny: wielka wojna i narodziny nowego wieku, Warszawa 1996) i Amerykanina Petera Gaya (Modernism. The Lure of Heresy. From Baudelaire to Beckett and Beyond, New York 2008; Powab herezji nie ukazał się jeszcze po polsku) nowoczesność jest wielkim projektem sztuki zanurzonym w przemiany cywilizacyjne początków XX wieku. Wyrazem nowoczesności jest zerwanie z konwencją spróchniałych obyczajów starego świata w ekstatycznym tańcu Wacława Niżyńskiego w rytm muzyki Igora Strawińskiego, granej w teatrze na paryskich Polach Elizejskich. Przełom przynosi poezja Charlesa Baudelaire’a. Obaj autorzy kończą swoją opowieść o kulturze na usługach brunatnego i czerwonego totalitaryzmu. Wojna i Holocaust są przeżyciami granicznymi. Ponowoczesność zrywa wszystkie struktury i konwencje.

W tym momencie zaczyna się opowieść Zygmunta Baumana o Zagładzie, jako również wytworze nowoczesności (Nowoczesność i Zagłada, Kraków 2009, wyd. II poprawione). Bauman pokazuje, że Holokaust i systemy totalitarne były nie tyle wynaturzoną, co logiczną konsekwencją racjonalnych mechanizmów władzy i specyficznie rozumianego postępu.

Jakiej cywilizacji potrzebują Polacy? Pytanie nawiązujące do książki Jerzego Jedlickiego (Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują. Studia z dziejów idei i wyobraźnie XIX wieku, Warszawa 2009, wyd. II) odnosiło się do polskich dylematów tożsamościowych w okresie braku państwowości; poszukiwania modelu nowoczesności narodu i autodefiniowania się w konfrontacji z przeobrażeniami XIX wieku. Dzisiaj pytanie nie straciło aktualności, zyskuje tylko nowy kontekst współczesności.

MUZEUM

Dyskusja o potrzebie wyjścia z ciasnej formuły „muzeum jako świątyni”, o tworzeniu muzeum otwartego, o narracyjności i wizualizacji historii toczy się w Europie ze szczególnym nasileniem od lat 90. XX wieku. Muzea wyszły z zabytkowych obiektów. Nadają swoim kształtem nowego wyrazu nie tylko tak zróżnicowanym przestrzeniom miejskim, jak Berlin (Muzeum Pomordowanych Żydów Europy według projektu Petera Eisenmana czy Muzeum Żydowskie według projektu Daniela Libeskinda), lecz ingerują też w tak trwałe, niezmienne od wieków struktury urbanistyczne, jak Wiedeń. Wiedeń długi czas reagował alergicznie na pomysł stworzenia Museums Quartier w centrum zabytkowego miasta.

Społeczność Wiednia – mówił na łamach krakowskiego „Herito”, nr 3, austriacki polityk, wieloletni wiceburmistrz Wiednia, Erhard Busek – jest bardzo konserwatywna, zbyt zapatrzona w przeszłość, dlatego tak trudno wytyczać nowe drogi. [Museums Quartier] to był projekt mniejszości, ale udało go się skutecznie przeprowadzić.

Potrzeba było do tego najpierw wizji, odwagi w łamaniu utartych wyobrażeń o mieście i wreszcie współdziałania ludzi kultury, społeczników z władzami miasta i władzami centralnymi. Dzisiaj rozmach Museums Quartier wpisał się na trwałe w krajobraz Wiednia, stając się jego marką równą wybitnym obiektom czasów świetności monarchii habsburskiej.

W Polsce dyskusja o nowych formach muzealnych nabrała dynamiki od czasu otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego (2004). Temat muzealny stał się jednym z centralnych wydarzeń Kongresu Kultury Polskiej w 2009 roku. Profesor Andrzej Rottermund apelował:

Muzea w Polsce mają do odegrania role szczególną. Po pierwsze jako repozytoria rzeczy najcenniejszych, uratowanych od zniszczenia lub rabunku (…). Po drugie, jako miejsca wszechstronnej edukacji społecznej (…). Działalności muzeum w naszym kraju winno więc przyświecać dzisiaj przekonanie znanego muzeologa Barry Lorda, że muzeum jest przede wszystkim dla ludzi, a nie dla rzeczy. Pamiętać jednak należy przy tym, że chociaż służba społeczeństwu jest najważniejszym zadaniem muzeum, to nie może to jednak w żadnym wypadku oznaczać schlebiania gustom publiczności czy przymykania oczu na niedostatki wiedzy (cyt. z: Muzeum w procesie przemian, w: Muzeum – przestrzeń otwarta?, Warszawa 2010, s. 13 – 25).

Rottermund dostrzegając potrzebę zmian, przestrzegał jednocześnie przed rodzajem ideologizacji sfery muzealnej, przekształcaniem jej w park bezrefleksyjnej rozrywki, poddanej dyktatowi masowej turystyki, nowych mediów i polityki. Nestor polskich muzeologów nie przekreślał jednak szans dla nowych form muzealnych. W tej przestrzeni „pomiędzy”, czyli między skrajnościami koncepcji muzealnych dostrzegam szansę dla Muzeum Nowoczesności w Olsztynie.

Tę szansę najlapidarniej można zdefiniować za pomocą czterech kluczowych pojęć, określających ramy ideowe olsztyńskiej debaty muzealnej: miejsce, kontrowersyjność, wieloperspektywiczność oraz tożsamość. Francuski antropolog, Marc Augé wprowadził do dyskusji o współczesnej tożsamości pojęcie nie-miejsca. Nie-miejsca to wszystkie amorficzne przestrzenie, w których jesteśmy, przez które przechodzimy nie zauważając ich szczególności: dworce lotnicze czy kolejowe, sklepy, ale też parki tematyczne, w których historia służy tylko rozrywce. Nie kształtują one ani tożsamości, ani międzyludzkich interakcji. Są puste, pełnią rolę pasa tranzytowego a nie miejsca spotkania, poznania, tworzenia więzi społecznych. Muzeum, które skupi w sobie zarówno interesujące eksponaty, jak i ciekawą wielowątkową wizualizację przeszłości może stać się MIEJSCEM kulturotwórczym, zarówno dla zwiedzających, jak i dla samego miasta. Gwarantem kulturotwórczej roli muzealnej opowieści jest kontrowersyjność i wieloperspektywiczność. Tylko wówczas, gdy nie będziemy unikać tematów trudnych, gdy będziemy konfrontować skrajne postawy i wyobrażenia możemy zachęcić do aktywnego zwiedzania. Dzięki temu widz przestanie być biernym odbiorcą, będzie mógł podmiotowo, aktywnie uczestniczyć i komentować muzealne wizualizacje. W ten sposób, chcąc nie chcąc muzeum przybiera charakter tożsamościowego, tyle że ta tożsamościowość jest otwarta. Jej sens nadaje nie uczenie czy pouczanie kogoś, lecz UCZENIE SIĘ z historii, traktowane jako proces zwrotny. Stosowanie historii w przestrzeni miejskiej przestaje być zabawą w rekonstrukcje historyczne. Nabiera formy dialogu obywatelskiego i jednocześnie przeobrażania struktury miejskiej.

NOWOCZESNOŚĆ I MUZEUM W OLSZTYNIE

1.

Olsztyn nie był i nie będzie, ani Wiedniem, ani Paryżem. Olsztyn ma jednak potencjał na muzeum, które swoją atrakcyjnością może się równać z najlepszymi europejskimi projektami. Jego przeszłość ostatnich około 150 lat w mikrohistorycznym wymiarze opowiada dzieje niedokończonego i przerywanego projektu modernizacji Polski, Niemiec, Europy.

Po „złotych czasach” Warmii, między XIV a XVIII wiekiem, Olsztynowi pozostały dwa wybitne obiekty – bazylika konkatedralna św. Jakuba i zamek – oraz pamięć o największym „moderniście wszechczasów”: Mikołaju Koperniku. Od schyłku XVIIII wieku Olsztyn był miasteczkiem bez większego znaczenia, wyspowym przedłużeniem wiejskiego otoczenia południowej Warmii. Koło zamachowe wielkich przemian uruchomiła modernizacja państwa pruskiego po roku 1870/1871. Była ona możliwa nie tylko dzięki wpływowi ogromnych francuskich kontrybucji, ale również poprzez przekształcenie całych Prus Wschodnich w obronny bastion przeciw Rosji, co spowodowało napływ tysięcy żołnierzy ich rodzin. W konkurencji do Ostródy i Ełku Olsztyn stał się centralnym węzłem kolejowym południowych Prus Wschodnich (1872), a wkrótce trzecim administracyjnie (1905) i czwartym demograficznie miastem prowincji. W tym między innymi czasie powstał tartak Raphaelshonów, kształtowała się mała dzielnica przemysłowa. Swoją pierwszą architektoniczną pracę pozostawił Olsztynowi jeden z najwybitniejszych na świecie twórców architektury XX wieku – Erich Mendelsohn. Z miasta urzędniczo-koszarowego Olsztyn przekształcił się w znaczący, regionalny ośrodek rzemiosła i małego przemysłu. Nie udało się jedynie kulturze. W tej dziedzinie Olsztyn pozostał prowincją prowincji.

Od końca XIX wieku Olsztyn żyje rytmem wielkich europejskich przemian w skali czasami przekraczającej potencjał jego możliwości. Ślady zostawiła tu I wojna światowa, druga faza modernizacji po jej zakończeniu oraz II wojna światowa, której najtragiczniejszym epizodem był – cytując Stanisława Piechockiego – eksperyment „czyściec zwany Kortau”.

Z perspektywy nowoczesności interesująco rysuje się natomiast historia polskich Warmiaków. Z jednej strony kształtowanie się współczesnych narodów z samej istoty procesów nation building jest projektem modernistycznym. Z drugiej strony, w przypadku polskich Warmiaków, procesy te były osadzone w głęboko zakorzenionej tradycji, przywiązaniu do Kościoła katolickiego. Na przełomie XIX i XX wieku mniejszość polska na Warmii, podobnie, jak w innych częściach Prus, stała się niewygodnym elementem w procesie ujednolicania administracji i oświaty potężniejącego państwa niemieckiego. Tworzy własną, specyficzną kulturę w opozycji do dominującej kultury niemieckiej.

Rewolucję demograficzno-przemysłowo-kulturalną przeżył Olsztyn po II wojnie światowej. Na początku towarzyszył jej wielki, często tragiczny transfer ludności. Symbolem olsztyńskich przemian mogą być obiekty, które jak w soczewce skupiają kontrowersyjność nowoczesności: Ideologiczny pomnik „Wdzięczności Armii Czerwonej” (zwany potocznie „szubienicami”), dłuta jednego z czołowych, nie tylko polskich rzeźbiarzy dwudziestolecia międzywojennego – Xawerego Dunikowskiego – zbudowany częściowo z płyt pomnika tannenberskiego, który uchodził za jedno z najwybitniejszych dzieł sztuki pomnikowej w Niemczech; Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych „Stomil” – pokazowy produkt polityki gospodarczej lat 60. (1961 rozpoczęto budowę a w 1967 zaczęto produkcję), dzisiaj jeden ze znaków rozpoznawczych europejskiego potentata w przemyśle opon samochodowych – Michalin; Planetarium – jako symbol przemian w epoce gierkowskiej; Galeria handlowa „Alfa Centrum” – jako przykład skomercjalizowanego świata niby-kultury XXI wieku, burzącego przestrzeń urbanistyczną Olsztyna.

Przykłady można mnożyć, rozwijać, wyostrzać, uszczegóławiać.

2.

Sensem muzeum narracyjnego jest opowieść o przeszłości za pomocą konstruowania przestrzeni, wyboru eksponatów, wizualizacji plastycznych. W moim mniemaniu nie tylko chodzi o to, by „poczuć”, „przeżyć” i … zapomnieć, a przy okazji trochę się pobawić. Chciałbym, żeby muzeum poznanie łączyło z autorefleksją, żeby interakcyjny sposób konstrukcji wystawienniczej dawał odbiorcy (nie widzom) impuls do dalszego stawiania pytań i poszukiwania własnych odpowiedzi. Znam w takim duchu tworzone muzea. Poprzez fakt, że dotykają one najczęściej wojny, okupacji przekraczają warstwę dydaktyczną brnąc w ślepą uliczkę nie tyle muzeum tożsamościowego, co ideologicznego. Olsztyńskie muzeum powinno być tożsamościowe, ale jednocześnie w pełnym znaczeniu tego słowa otwarte, kontrowersyjne, ale nie konfliktowe, wieloperspektywiczne, ale nie ideologiczne.

Nieprawdą jest, że na taki projekt jest za mało miejsca. Miejsce to nie dwa budynki (tartak i zajezdnia), lecz cała możliwa do zagospodarowania przestrzeń zakola Łyny, łącznie z tym, że może być ona rozbudowana zarówno „nad” jak i „pod” ziemią! Muzeum powinno wyjść poza tę przestrzeń rozwijając „drogę nowoczesności” w kierunku DOMU MENDELSOHNA, który wkrótce może się stać małym, ale o światowym znaczeniu rarytasem architektonicznym. W takim makro planie MUZEUM NOWOCZESNOŚCI będzie nie tylko obiektem samym w sobie, lecz projektem rozwoju, przedłużenia i ożywienia staromiejskiej struktury. Będzie nie tylko opowiadać, gromadzić eksponaty, ale również kształtować aktywnie NOWOCZESNY Olsztyn. 

3.

To jest wizja i dobry pomysł, tyle że – jak skonstatował Erhard Busek – „dobre pomysły charakteryzuje wysoka umieralność”. Muzeum takich niezrealizowanych pomysłów „byłoby zwierciadłem każdej generacji – tego, co w danym czasie było możliwe, ale nie zostało wcielone w życie”. Olsztyn ma szansę realizacji Muzeum Nowoczesności z kilku względów. Jest pomysł. Jest siła i potrzeba społeczna. Jest wstępna przychylność władz miejskich. Jest czas na debatę i porządne przygotowanie strategii. Rozpoczyna się pierwszy etap: rewitalizacja tartaku Raphaelsohnów w ramach działalności Miejskiego Ośrodka Kultury. Ten etap potrwa 5 do 7 lat. Powstaje program kulturalny wokół Muzeum. Równolegle powinna następować profesjonalizacja makro projektu: Muzeum Nowoczesności. Już od 2013 roku powinno się ono stać samodzielną instytucją miejską (z czasem w koalicji z władzami wojewódzkimi i centralnymi). Jej zadaniem byłoby opracowywanie szczegółowej koncepcji, gromadzenie zbiorów, specjalistyczne badanie dziejów miasta, związków między rozwojem techniki i kultury w ciągu ostatnich 150 lat historii Europy. Teraz jest czas na debatę a w przyszłym roku na podejmowanie strategicznych decyzji. 

 

Robert Traba – ur. 1958 w Węgorzewie, od 1976 r. mieszkaniec Olsztyna; historyk, kulturoznawca; współzałożyciel olsztyńskiego stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa „Borussia” i redaktor kwartalnika „Borussia”; od 2006 r. dyrektor Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN i na Freie Universität w Berlinie.  Twórca dwóch wystaw: „Polacy – Niemcy. Między bliskością a obcością” (Biblioteka Narodowa, 2005), „My, berlińczycy! Historia polsko-niemieckiego sąsiedztwa” (Ephraim Palais i Märkisches Museum w Berlinie, 2009). Członek rad naukowych dwóch wystaw w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie („I wojna światowa”, 2002 – 2004, „Porządek i Zagłada”, 2009 – marzec 2011), największej polskiej wystawy sztuki „Obok. Polacy – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce” (2009 – 2011). Od 2009 roku zasiada w radzie naukowej nowo tworzonego niemieckiego muzeum narodowego „Märzgefallene 1848”, powstającego w przestrzeni parkowo-cmentarnej berlińskiego Friedrichshain, gdzie pochowani zostali powstańcy Wiosny Ludów i rewolucjoniści 1918 r.

21 sie 2011

 

W sierpniu br. grupa 23 wolontariuszy (w wieku 19-26 lat) z Austrii, Niemiec, Rosji, Włoch  i Polski wzięła udział w kolejnej – trzeciej już – edycji projektu „Zagubione wioski Puszczy Piskiej”. W tym roku w ramach projektu porządkowane były cmentarze ewangelickie znajdujące się przy nieistniejących już wioskach na dawnym prusko – mazowieckim pograniczu: Piskorzewie (Königsdorf - osada szkatułowa powstała w 1758 r. nad Jeziorem Piskorzewskim) i Wolisku (Wollischken, Gros i Klein al. Wollisko –  założona jako osada szkatułkowa w roku 1707 na prawym brzegu Pisy). Projekt jest realizowany już od 3 lat (w poprzednich latach wolontariusze pracowali w Sowirogu, Wądołku, Przerośli i Szaście) przez Stowarzyszenie Borussia z Olsztyna, Narodowy Instytut Dziedzictwa (do niedawna Regionalny Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków) oddział w Olsztynie, Nadleśnictwo Pisz oraz Stowarzyszenie Sadyba – które było inicjatorem projektu. Nieśmiało i zbyt słabo – moim zdaniem – w realizację projektu angażuje się też Burmistrz Pisza (zważywszy, że projekt realizowany jest na terenie tejże gminy, a jednym z jego celem ma być stworzenie szlaku turystycznego urozmaicającego ofertę turystyczną gminy). Projekt  – początkowo planowany jako 3-letni – będzie przedłużony jeszcze co najmniej na 2 kolejne lata.

 

Pierwszy dzień na cmentarzu w Piskorzewie i czyszczenie pierwszego grobu. Gęstwe krzewy śnieguliczki (w głębi zdjęcia ) kryją inne groby.

Nazwę projektu i jego motto zaczerpnąłem z książki „Dzieci Jerominów” napisanej w połowie XX wieku przez Ernsta Wiecherta: „Kroniki nie mówią o zagubionych wsiach. Wśród jezior i bagien owej wschodniej krainy położone są te wsie z szarymi dachami i ślepymi oknami [...] Są niby mogiły z czasów dawno zapomnianych wojen, zapadłe, z zatartymi napisami”. Lektura tej książki i chęć znalezienia opisywanej w niej wsi Sowiróg stała się dla mnie inspiracją do przygotowania realizowanego obecnie projektu.

 

Szukanie w trawie i zaroślach śladów po nagrobkach…

Ernst Wiechert, pisarz urodzony w leśniczówce Piersławek na Mazurach poświęcił Puszczy Piskiej (Wielka Dzicz – das Grosse Wildniss) wiele opisów, lecz wtedy, gdy pisał o ukrytych w niej „zagubionych wsiach” nie mógł przypuszczać, że już wkrótce będą one rzeczywiście niczym „zapadłe mogiły, z zatartymi napisami”. Opisując w swej powieści niewielką i biedną wioskę Sowiróg nad brzegiem Jeziora Nidzkiego nie mógł przewidzieć, że niebawem po wsi pozostanie już tylko nazwa. Nie mógł też przypuszczać, że wkrótce jedynym świadectwem tego, że kiedyś w puszczy toczyło się życie, będą zarośnięte krzakami fundamenty domów oraz zaniedbane cmentarze i „zapadłe mogiły z zatartymi napisami”, że podobny los spotka wiele innych „zagubionych w puszczy wsi”, a ich nazwy pozostaną tylko na mapach. Stało się to w 1945 roku, gdy po przejściu frontu, nadeszła fala grabieży i szabru, co sprawiło, że wiele wsi zamieniło się w popiół. Bandy – głównie kurpiowskie – grabiły wszystko, nie tylko sprzęty domowe i meble, ale rozbierały całe zagrody. Opuszczone wioski traktowane były bowiem jako swoiste składy materiałów budowlanych, a pozyskany materiał wykorzystano do budowy nowych domów lub remontów. Zniszczone i rozgrabione przez szabrowników wsie dla zatarcia śladów przestępstwa lub odwrócenia uwagi były często podpalane. Mocno zniszczone wsie, położone w puszczy, na „odludziu” nie były chętnie zasiedlane przez osadników. To, co przetrwało po tych osadach było powoli wchłaniane przez puszczę – fundamenty domów porosły dywany mchów, krzaki zarosły zapadnięte piwnice a drzewa miejsca pochówków. Taki los spotkał wioski: Dłutowo, Dziadowo, Grodzia, Lipa Tylnia i Przednia, Niedźwiedź, Wilki, Nowydział, Przerośl, Pogobie Przednie, Paski Małe i Duże, Piskorzewo, Szast, Wądołek, Wolisko Małe i Duże oraz Zimna etc.

 

…a tak wygląda cmentarz w Piskorzewie  po usunięciu dzikiej roślinności i samosiejek drzew. W głębi widoczne ogrodzenie (w trakcie  wykonywania).

Celem realizowanego obecnie projektu wolontariackiego jest przypomnienie owych „zagubionych wiosek”, uczytelnienie śladów po tych wsiach poprzez uporządkowanie ich cmentarzy (usunięcie krzewów i drzew, wykonanie ogrodzenia). Tak uczytelnione ślady są następnie wyeksponowane poprzez ustawianie kierunkowskazów i tablic informujących w języku polskim i niemieckim (do tej pory ustawiono 6 tablic). Kolejnym etapem projektu będzie wytyczenie pieszo-rowerowego szlaku turystycznego, spełniającego funkcję edukacyjną jako atrakcyjna lekcja historii i wiedzy o regionie oraz wydanie stosownych publikacji (mapy, przewodnika i monografii wsi).

Na zakończenie tegorocznej edycji projektu została ustawiona tablica informacyjna w Przerośli nad J. Nidzkim (ten cmentarz porządkowany i grodzony był w ubiegłym roku).

Bardzo istotnym jest także – poprzez danie dobrego przykładu – zainteresowanie projektem (i historią nieistniejących już wsi) lokalnej społeczności. Opiekę nad uporządkowanymi przez międzynarodową grupę wolontariuszy cmentarzami w Sowirogu i Wądołku objęli już uczniowie z Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Piszu, pozostałe cmentarze póki co czekają na swoich „opiekunów” i „strażników prawa i pamięci”, bo jak pisał Wiechert:

 „Chaty się rozpadały, osiadały dachy, wielokroć przechodziła nad nimi wojna i mór, mord i ogień, tak że jedynie zwęglone kikuty kominów godziły w czarne niebo. Zawsze jednak ktoś to przeżywał, podnosił się ze swojej posoki lub przeczołgiwał się z leśnych wykrotów. Ktoś, kto rozgrzewał się u tlejących belek i żywił się korzonkami oraz korą. Od niego brało początek odrodzenie, on strzegł również prawa.”

23 lip 2011

 

.

W Tykocinie, w dniu 15 lipca odbył się III Salon Towarzystwa Ochrony Krajobrazu (TOK) – podlaskiego stowarzyszenia z Hajnówki, z którym od lat współpracuje Sadyba. Na salon TOK zaprasza ludzi kultury, mediów i przyjaciół. Spotkania te poświęcone są jakiejś ważnej sprawie, a gospodarze miejsc, w których te spotkana się odbywają, opowiadają o swoich doświadczeniach związanych z ochroną dziedzictwa kulturowego i/lub przyrodniczego. Tym razem gospodarzem salonu był Jacek Nazarko, białostocki przedsiębiorca, który oprowadził nas po zrekonstruowanym przez siebie tykocińskim zamku. Głównym tematem III Salonu TOK była dewastacja i zawłaszczanie krajobrazu. Na ten temat pisałem już wielokrotnie na blogu, dlatego dzisiaj ograniczę się tylko do krótkiej relacji ze spotkania w Tykocinie (a do tematu dewastacji krajobrazu powrócę wkrótce). 

 

Kilkanaście lat temu w tym miejscu były tylko fundamenty zamku.

Podczas spotkania zaprezentowano i omówiono najważniejsze problemy związane z krajobrazem i jego ochroną oraz zaprezentowano blisko 90 fotografii ukazujących krajobraz i jego negatywne zmiany (pozytywnych przykładów było dosłownie pięć). Zdjęcia w większości pochodziły z terenu województwa podlaskiego i warmińsko-mazurskiego (pokaz ten przygotowały wspólnie TOK i Sadyba). Pokazano też film o tradycyjnym budownictwie Podlasia, były występy wokalistek z kryneckiej „Zaranicy”, które zadbały o muzyczną oprawę spotkania śpiewając pieśni ludowe w językach białoruskim, rosyjskim i polskim. Na koniec około 40 uczestników spotkania podpisało apel (przygotowany wspólnie przez TOK i Sadybę) o wprowadzenie przepisów blokujących chaotyczną zabudowę i przywracających ład przestrzenny. Apel ten został przesłany do Prezydenta RP, który podjął działania mające na celu „przygotowanie propozycji zmian prawnych, które przyczynią się do sprawniejszego chronienia zasobów kultury i przyrody” (o czym ostatnio pisałem na blogu).

W części artystycznej uczestnicy spotkania słuchali ludowych pieśni.

Poniżej apel przyjęty podczas Salonu Towarzystwa Ochrony Krajobrazu na zamku w Tykocinie w dniu 15 lipca 2011 roku i podpisany przez uczestników spotkania:

TYKOCIŃSKI APEL KRAJOBRAZOWY

W ostatnich latach obserwujemy gwałtowną degradację krajobrazu Polski. W zastraszającym tempie niszczone jest nasze wspólne dziedzictwo – krajobraz przyrodniczy i kulturowy. Jest to wynik braku zarówno całościowej i przejrzystej ochrony krajobrazu charakteryzującego się wyjątkowym pięknem, jak i obszarów pospolitych (do czego zobowiązuje ratyfikowanie Europejskiej Konwencji Krajobrazowej), jak też braku organu odpowiedzialnego za ochronę krajobrazu i gospodarkę przestrzenną.

 Aby powstrzymać nieodwracalny w skutkach proces dewastacji i zawłaszczania krajobrazu, apelujemy o: 

  1. wdrożenie w życie ratyfikowanej w 2004 roku Europejskiej Konwencji Krajobrazowej. Niezbędne jest określenie polityki krajobrazowej Polski – powinna powstać „Ustawa o ochronie krajobrazu” łącząca zapisy dotyczące krajobrazu rozproszone obecnie w ustawach, między innymi o ochronie zabytków, o ochronie przyrody oraz planowaniu przestrzennym. Niezbędne jest utworzenie organu odpowiedzialnego całościowo za gospodarkę przestrzenną i za krajobraz, oraz podjęcie szeroko zakrojonej, długotrwałej i ogólnopolskiej kampanii edukującej (w mediach, w szkołach i urzędach);
  2. wprowadzenie obowiązku sporządzania studium uwarunkowań i kierunków oraz określenie terminu, do którego gminy mają obowiązek sporządzenia planów zagospodarowania przestrzennego w oparciu o waloryzację przyrodniczą i kulturową. Plany te mogłyby być zmieniane i aneksowane jedynie w wyjątkowych wypadkach, po uzyskaniu zgody państwowego organu nadzorującego. Granice krajobrazów przyrodniczych i kulturowych na ogół nie pokrywają się z administracyjnymi granicami gmin, dlatego tworzone w sąsiedztwie plany powinny być spójne w kwestiach wytycznych i uwarunkowań krajobrazowych (należy opracowywać plany zintegrowane). Decyzja o obszarze planów zintegrowanych i wspólnych wytycznych dotyczących warunków powinna należeć do kompetencji służb powiatowych lub wojewódzkich;
  3. wprowadzenie mechanizmów wymuszających w określonym czasie sporządzanie planów zagospodarowania przestrzennego, by ograniczyć możliwość „ręcznego sterownia” gospodarką przestrzenną w zależności od zmiany władz lokalnych czy presji inwestorów (dotychczasowa polityka zezwalająca na tworzenie tzw. „siedlisk” w szczerym polu, według dowolnych interpretacji gmin, doprowadziła do masowego odrolniania gruntów w atrakcyjnych krajobrazowo obszarach oraz dzielenia tych gruntów na działki budowlane, czego konsekwencją jest katastrofalna fragmentacja krajobrazu). Do czasu pokrycia kraju miejscowymi planami zagospodarowania, należy zaprzestać tworzenia nowych siedlisk na terenach niebudowlanych w obszarach chronionego krajobrazu (parki narodowe, krajobrazowe, kulturowe)
  4. ograniczyć chaotyczne zaśmiecanie i zawłaszczanie przestrzeni publicznej wzdłuż pasów drogowych oraz w terenach zurbanizowanych różnymi formami reklam. (zwłaszcza na obszarach graniczących z parkiem krajobrazowym, narodowym lub kulturowym, by chronić wartości krajobrazowe, dla których obszary objęto ochroną). Pas drogowy w obszarach gdzie droga przecina park narodowy lub krajobrazowy nie może być wykorzystywany do ustawiania tam reklam. Wszelkie reklamy ustawiane w krajobrazie wymagają zgody organu odpowiedzialnego za krajobraz.
27 cze 2011

 

.

W malowniczo położonej nad jeziorem Gołdopiwo wsi Jeziorowskie (tej nieopodal Kruklanek, w powiecie giżyckim), w dniu 15 czerwca br. odbyła się bardzo ciekawa konferencja pt.: „Dzikie Mazury” poświęcona rozwojowi turystyki w północno – wschodniej części województwa. Konferencję (jej pogram poniżej) zorganizowali wspólnie Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego i „Partnerstwo Dzikie Mazury”, a udział w niej wzięli licznie przybyli przedstawiciele lokalnych samorządów z wicemarszałkiem Jarosławem Słomą na czele, przedstawiciele organizacji pozarządowych, lokalni przedsiębiorcy, rolnicy etc (łącznie 62 osoby).

Podczas spotkania przedstawiono idee, cel i aktualny stan społecznej inicjatywy „Partnerstwo Dzikie Mazury”, mówiono o atutach północno – wschodniej części województwa (a takim są głównie krajobraz i nienaruszona przyroda) oraz na podstawie wybranych przykładów z terenu całej Polski pokazano zebranym jak zasoby przyrodnicze i kulturowe można wykorzystać turystycznie, a jednocześnie dbać o nie. Do tej części konferencji organizatorzy zaprosili także mnie, ale tym razem nie jako przedstawiciela Sadyby, lecz jako współwłaściciela (z żoną) „Osady Kulturowej w Kadzidłowie”, bo jak stwierdzili: nasza działalność jest „pozytywnym przykładem [że] posiadanie dobra w postaci przyrody i kultury to ogromne bogactwo” (o tym jak „żyjemy z krajobrazu” i co stworzyliśmy w Kadzidłowie napiszę być może w kolejnym odcinku…).

Inicjatorem całego przedsięwzięcia – zarówno konferencji, jak i „Partnerstwa Dzikie Mazury” jest Dariusz Morsztyn, znany jako „Biegnący Wilk”, maszer i uczestnik najdłuższy na świecie wyścigów psich zaprzęgów, były samorządowiec oraz założyciel Republiki Ściborskiej oraz Harcerskiego Ruchu Ochrony Środowiska im. św. Franciszka z Asyżu i autor wielu inicjatyw, w tym utworzenia 2 muzeów poświeconych pisarce Marii Rodziewiczówny: w Ściborkach oraz w dawnym majątku Rodziewiczówny w Gruszowej (obecnie Białoruś).

 

Konferencję prowadzili Darek Morsztyn (po lewej) i Zbyszek Mieruński. 

„Partnerstwo Dzikie Mazury” jest oddolną inicjatywą społeczną mającą na celu stworzenie grupy firm, stowarzyszeń oraz osób fizycznych, których zjednoczy cel: rozwój regionu z poszanowaniem jego walorów przyrodniczych, kulturowych i krajobrazowych. Motorem tego rozwoju ma być wyspecjalizowana turystyka oparta na tworzonej marce „Dzikie Mazury”, będącej gwarancją, że każdy kto uzyskał prawo do jej używania spełnia określone wymagania i jest prawdziwym miłośnikiem tego regionu i obrońcą jego krajobrazu. Znak ten ma być certyfikatem jakości oferowanych usług, tak by każdy turysta, który zechce odwiedzić tą „najdzikszą część Mazur” miał pewność, że korzysta ze sprawdzonych i profesjonalnie prowadzonych miejsc, położonych w wyjątkowych i „klimatycznych” miejscach. Obecnie, po dwóch latach przygotowań i „dojrzewania” idei „Partnerstwa Dzikie Mazury” powstała grupa inicjatywna, składająca się z około 20 przedstawicieli lokalnych firm biznesowych, stowarzyszeń, fundacji, samorządów oraz osób fizycznych (podczas konferencji przyjęto kolejnych 2 członków). Równolegle powołane zostało stowarzyszenie (noszące tą samą nazwę), mające na celu organizowanie i koordynowanie działalności Partnerstwa, którego prezesem został Darek Morsztyn – inicjator całego przedsięwzięcia,

Takich krajobrazów (na zdjeciu okolice Reszla) jest coraz mniej nie tylko w Polsce, ale w Europie….

Idea przedsięwzięcia jest prosta – należy wykorzystać atuty regionu do jego rozwoju, a atutem północno – wschodniej części Mazur, to – jak powiedział na wstępie konferencji Darek Morsztyn – są „najdziksze” i najlepiej zachowane pod względem przyrodniczym i kulturowym tereny, ich niski stopień zurbanizowania, ekstensywne rolnictwo oraz …brak  infrastruktury turystycznej! Wiele osób może zdziwić takie postawienie sprawy, i może myśleć o turystce pod namiotami, urlopie spędzonym w pionierskich warunkach, czy wręcz o „szkołach przetrwania”. Oczywiście taki rodzaj aktywności nie jest wykluczony, ale celem „Partnerstwa” jest rozwój wysokiej jakości turystyki określanej jako „zrównoważona”. Bo „dzikość” i słabe zagospodarowanie terenów pospolitych może być wadą („teren zacofany”, słabo rozwinięty!), ale też atutem, zwłaszcza gdy w grę wchodzi teren o wybitnych walorach kulturowych i krajobrazowych. Bo w rozwiniętej i zurbanizowanej Europie coraz mniej takich „dzikich” terenów – a jak czegoś jest mało to jego atrakcyjność (cena) rośnie!

…a takich coraz więcej (na zdjęciu Ruciane- Nida).

W 2008 r. na łamach 48 numeru kwartalnika Borussia pisałem: „Istotnym walorem Mazur i Warmii jest jego peryferyjność (w pozytywnym znaczeniu, czyli rozumiana jako położenie z dala od zgiełku i pośpiechu wielkich metropolii) oraz swoiste „zacofanie cywilizacyjne” przejawiające się brakiem przemysłu ciężkiego i wielkich, uciążliwych dla środowiska zakładów. To zacofanie, które było kiedyś powodem do wstydu (na pewno w słusznych czasach, gdy próbowano „zrównać wieś z miastem”, a wszystkim „żyć dostatnie”) jest atutem regionu. Dzięki temu powstał mit „odległej krainy”, „oazy spokoju”, „zielonych płuc” etc., które niczym Arkadia przyciągają rzesze turystów szukających dzikości, natury i spokoju. Dzięki temu „zacofaniu” krajobraz nie został tak mocno jak w innych regionach zdegradowany. To, co stworzyła natura nadal cieszy ludzkie oko i jest bogactwem, kapitałem naturalnym Mazur i Warmii. Kapitał można oceniać różnie: to, co dla jednych jest wartością, dla innych jest bezwartościowe lub nawet utrudnieniem. [...] Czy województwo będzie potrafiło wykorzystać swoje atuty i pozostanie czystym regionem? Sprzyja temu wspomniane poprzednio zacofanie przemysłowe Warmii i Mazur, które oczywiście można traktować jako atut lub katastrofę. [...]Tradycyjne rolnictwo o wyspecjalizowanej produkcji, w połączeniu z nieskażonym środowiskiem naturalnym oraz trendem pro-ekologicznych inwestycji i działań wraz z sensownym rozwojem turystyki wydają się być bardzo istotną szansą rozwoju regionu (zezwalając równocześnie na rozwój nieuciążliwego przemysłu w wyznaczonych strefach).”[1]

Ten tekst zatytułowałem „Toskania Północy. Drogi i bezdroża rozwoju Warmii i Mazur”. Oczywiście nie chodziło o proste porównanie Mazur do Toskanii – bo każdy z regionów ma swoją specyfikę, odrębną historię i kulturę. Toskania może natomiast służyć jako wzór, w jak można zamienić wady w atuty (jak to chcą zrobić entuzjaści z „Partnerstwa Dzikie Mazury”).

Toskania to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych na świecie i najczęściej odwiedzanych (pożądanych) przez turystów regionów kulturowych (wręcz kultowych), ale warto pamiętać, że tak nie było tak zawsze, bo jeszcze niedawno – jak wspomina Dario Castagno, rodowity Toskańczyk: „jeszcze dwadzieścia lat temu, gdybyście powiedzieli toskańskiemu wieśniakowi, którego marzeniem było pojechać do Ameryki, że jego rozpadający się dom niebawem będzie obiektem marzeń bogatych Amerykanów, to uznałby was za pomyleńców.”[2]

Toskania ze swoim niekorzystnym położeniem, zacofanym rolnictwem opartym na archaicznej strukturze społecznej i gospodarczej (poza kilkoma dużymi ośrodkami  -pozbawiona przemysłu) wykorzystała idealnie swoje „słabości” do rozwoju turystyki oraz wyspecjalizowanego rolnictwa, ograniczając rozwój przemysłu (co nie oznacza, że taki nie istnieje – zostały po prostu wytyczone obszary przemysłowe, które nie kolidują z trenami rolniczymi i turystycznymi).

 „Pod koniec dwudziestego wieku, kiedy Włochy przechodziły przez okres powojennej industrializacji, Chianti, podobnie jak inne regiony wiejskie dotknęło niemal całkowite wyludnienie. Pozytywnym skutkiem tej migracji było to, że Chianti w dużej mierze oparło się zalewowi architektonicznych potworków, które wówczas kiełkowały na całym świecie.  Wtedy też industrializacja ustąpiła pierwszeństwu w rankingu komercyjnym dawnemu mistrzowi, czyli turystyce. A dzięki surowemu prawu, które uchroniło integralność regionu, Chianti przeżyło coś w rodzaju renesansu, gdyż jego wspaniałe krajobrazy, nieskażone zasoby i architektoniczna czystość okazały się dobrem coraz rzadszym w zachodnim zindustrializowanym świecie.”[3]

Pomimo boomu Toskania zachowała swój charakter (nie pozwalając na rozwój turystki masowej tak jak na Wybrzeżu Adriatyckim) ponieważ do swojej specyfiki dostosowała zasady turystyki, propagując od lat 80-tych XX-wieku jej łagodną odmianę, świadomie  rezygnując z turystyki masowej na rzecz turystyki wyciszonej. To właśnie w Chianti, sercu Toskanii, w roku 1999 Paolo Saturnini, burmistrz niewielkiego miasteczka Greve zainicjował ruch Cittaslow[4] i przedstawił koncepcję „miast dobrego życia”, czy „miast wyciszonych”, gdzie żyje się dobrze, spokojnie i bezstresowo życia, jako przeciwstawieństwo życia w wielkich miastach pełnych pośpiechu i stresu. Słowo slow nie oznacza wcale powolnego rozwoju tych miast, czy pozostania w tyle za szybko rozwijającymi się wielkimi aglomeracjami, lecz wprost przeciwnie: oznacza postęp poprzez stosowanie najnowocześniejszych oraz pro-ekologicznych technologii, by miasteczka te stały się idealnym miejscem do życia na wysokim poziomie (ideologia „Cittaslow” jest rozszerzeniem powstałej także we Włoszech – filozofii „slow-food” -przeciwieństwa macdonalizacji i kultury „fast food[5]) .

A czy Mazury mają szansę stać się „Toskanią Północy”? Moim zdaniem tak! Dzięki turystyce zrównoważonej, opartej na harmonii między potrzebami turystów, środowiska naturalnego i lokalnych społeczności, której głównymi zasadami są: zapewnienie ochrony zasobów przyrodniczych, kulturowych i społecznych, długofalowe planowanie pozwalające przewidzieć i zapobiegać jej negatywnym skutkom na środowisko oraz wspieranie gospodarki i ludności miejscowej, by w ten sposób przyczynić się do rozwoju regionu (jej formy to: turystyka studyjna, kulturowa, kulinarna, ekologiczna, muzealna, rowerowa, piesza etc). Oczywiście turystyka to nie wszystko. Dzięki „dzikości” i nieskażonemu środowisku (Zielone Płuca Polski), wyjątkowemu krajobrazowi kulturowemu i zabytkom oraz ekstensywnemu rolnictwu Warmia i Mazury mają szansę stać się zagłębiem produkcji zdrowej, ekologicznej żywności (ostatnie międzynarodowe afery związane z zakażoną żywnością powinny być argumentem do wspierania takiej produkcji). By tak się stało niezbędne jest instytucjonalne wsparcie między innymi takich inicjatyw jak „Partnerstwo Dzikie Mazury”. Mam nadzieję, że liczni przybyli na konferencję lokalni „decydenci” wybiorą drogę, którą zapoczątkował ich toskański kolega z Greve!

Konferencja poświęcona rozwojowi turystyki na obszarze północno- wschodniej części województwa warmińsko-mazurskiego p.t. Dzikie Mazury”.

Data i miejsce: 15. 06. 2011r. – Hotel Helena , Jeziorowskie koło Kruklanek.

 Program konferencji

 9. 30  rozpoczęcie konferencji i powitanie gości

-   Stan rozwoju Obszaru Dzikich Mazur oraz walory turystyczno-kulturowe, prezentacja na temat historii, celu i stanu obecnego Partnerstwa Dzikie Mazury- Dariusz Morsztyn

-  Wystąpienie Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego – Jarosław Słoma

10.30 – 11. 30 Atuty (Wyjątkowość) Obszaru Dzikich Mazur

 

-   Wystąpienie Radosława Zawadzkiego, Dyrektora Wydziału Promocji Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie

-   wystąpienie dr Krzysztofa Łopacińskiego –  Prezesa Instytutu Turystyki

              11. 30 – 12. 00 Przerwa kawowa

12. 00 – 14. 30

Dobre praktyki w dziedzinie wykorzystania zasobów przyrodniczo-kulturowych

12. 00 – 13. 00 – Z Polski: Partnerstwo, jako narzędzie rozwoju społeczno-ekonomicznego – Barbara Kazior (Fundacja Partnerstwo dla Środowiska w Krakowie)

13.00 – 13. 20 – Z regionu: Biznes z poszanowaniem przyrody: Katarzyna Ramotowska (Biebrza Eco-Travel)

13. 20 – 13. 40 – Z Mazur: Krzysztof Worobiec (Osada Kulturowa w Kadzidłowie)

13. 40 – 14. 00 – Z Dzikich Mazur: Iza Przyłucka (Ośrodek Aktywnej Rekreacji „Folwark Łękuk”) 

             14. 15 – 15. 15 Obiad

15. 30 – Przyjęcie nowych członków Partnerstwa Dzikie Mazury

15. 15 – 17. 15 Strategia Rozwoju Obszaru Dzikich Mazur – założenia, dyskusja

Krótkie prezentacje wybranych działań w ramach Kampanii Dzikie Mazury

-  Strategii rozwoju turystyki dla gminy Banie Mazurskie – Dariusz Morsztyn

-  Plan rozwoju wsi  Żabin – Jan Werchowicz

-  Wioski tematyczne/historyczne  Dzikich Mazur – Zbyszek Mieruński

- „Randżersi Dzikich Mazur” – Witosław Wyrobek

-  Zdrowa Żywność z Dzikich Mazur , „Wojowie Pogranicza” – Dariusz Morsztyn

-  Dyskusja.


[1] Krzysztof A. Worobiec, Toskania Północy. Drogi i bezdroża rozwoju Warmii i Mazur, w: Borussia nr 43/2008

[2] Dario Castagno, Za dużo słońca w Toskanii. Opowieść o Chianti. Bielsko- Biała: Pascal, 2010,

[3] jw.

[4] akurat w tych dniach (24 i 25. 06.) Międzynarodowe Zgromadzenie Miast Cittaslow odbyło się w Lidzbarku Warmińskim,

[5] slow food -  ruch który powstała w 1986 roku we Włoszech, wspierający i promujący niewielkich regionalnych producentów  w żywności – szczególnie żywności tradycyjnej, zdrowej i  zagrożonej zniknięciem w wyniku globalizacji żywności fast  food oraz stosownej kultury spożywania tych produktów. Mazurskim prekursorem slow food stała się Oberża pod Psem w Kadzidłowie, w której od 1999 roku wisi napis ”Nie mamy czasu dla ludzi, którzy nie maja czasu”.

23 maj 2011

 

.

W Warszawie, w Belwederze, w ramach Forum Debaty Publicznej odbyło się pierwsze spotkanie zatytułowane „Ochrona krajobrazu przyrodniczego i kulturowego  a rozwój cywilizacyjny”. Debata ta odbyła się 13 kwietnia br., ale z powodu bardziej aktualnych tematów, dopiero teraz piszę słów kilka na temat spotkania, na które zostałem zaproszony.  Jak poinformowano: „Forum Debaty Publicznej powstało z inicjatywy Prezydenta RP Polskiej Bronisława Komorowskiego i jest formą konsultacji społecznych, spotkań, dialogu i wymiany poglądów. Założeniem Forum jest przygotowanie w drodze dialogu społecznego projektów reform (inicjatyw legislacyjnych, rekomendacji działań), które w znaczący sposób zmodernizują państwo.”

 Podczas tej pierwszej debaty z cyklu (transmitowanej na żywo w Internecie) podjęto próbę identyfikacji rozwiązań prawnych i instytucjonalnych pozwalających chronić krajobraz przyrodniczy oraz kulturowy uwzględniające wyzwania cywilizacyjne. Punktem odniesienia do dyskusji były pytania:

- jakie są społeczne oczekiwania i wyzwania cywilizacyjne w obszarze dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego w odniesieniu do krajobrazu? jaki jest możliwy obszar sporu?

- jak efektywnie chronić różnorodność krajobrazu i jego lokalną specyfikę? Rola planowania zagospodarowania przestrzennego w obszarze dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego.

- jaka powinna być rola administracji centralnej, a jaka samorządu w obszarze ochrony krajobrazu przyrodniczego i kulturowego?

Prezydent Komorowski – wbrew temu, co podawały imienne zaproszenia i program spotkania – nie wziął osobiście udziału w Forum, bo jak nam powiedziano „był niedysponowany” (poprzedniego dnia – z wiadomej okazji – był w Smoleńsku). Tak więc miejsce prezydenta zajął minister Jacek Michałowski – szef jego kancelarii, który przysłuchiwał się 1-wszej części obrad. Obok niego zasiedzieli ministrowie i doradcy prezydenta oraz przedstawiciele rządu: Janusz Zaleski – Główny Konserwator Przyrody, Piotr Żuchowski – Generalny Konserwator Zabytków (obaj pochodzący z województwa warmińsko –mazurskiego) i Piotr Otawski (zastępca Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska) oraz pozostali zaproszeni goście (w tym profesorowie: Michał Klesza – doradca prezydenta, jeden z autorów reform administracyjnych w III RP, Andrzej Mencwel –antropolog kultury, Jacek Purchla – dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie, Andrzej Bereszyński – przewodniczący Państwowej Rady Ochrony Przyrody, przedstawiciel samorządów i organizacji pozarządowych).

Debatę – w zastępstwie prezydenta - obserwował Jacek Michałowski – szef  kancelarii, obok zasiedzieli ministrowie prezydenta Olgierd Dziekoński i Maciej Klimczak (foto. M. Broniarek). 

W części sali przeznaczonej dla obserwatorów zasiadło około 60 specjalistów w zakresie ochrony dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego (w tym kilku wojewódzkich konserwatorów zabytków i konserwatorów przyrody), teoretyków i praktyków, (m. in. profesorowie: Aleksander Bohem – architekt, Jaremi Królikowski – architekt krajobrazu, Romuald Olaczek – przyrodnik) przedstawicieli placówek kulturalnych (m.in. Paweł Jaskanis – dyrektor Muzeum Pałacu w Wilanowie) i organizacji pozarządowych, w tym aż 2-ch przedstawicieli Stowarzyszenia Sadyba – Aleksander Potocki oraz piszący te słowa.

Spotkanie odbyło się w niewielkim gronie zaproszonych osób (foto. M. Broniarek). 

Po zwyczajowych, choć krótkich słowach wstępnych (!), nastąpiło wprowadzenie do dyskusji (A. Mencwel, J. Purchla, P. Otawski), a następnie głos zabrali pozostali uczestnicy debaty, a potem obserwatorzy. Czas wszystkich wypowiedzi był rygorystycznie przestrzegany – 5 minut na wypowiedź miały osoby wprowadzające, 3 minuty pozostali uczestnicy debaty i 2 minuty obserwatorzy. Dzięki temu nie było długich monologów, wykładów i popisów retoryki, lecz krótkie i zwięzłe przedstawienie tez i problemów. Ja również – jako obserwator – skorzystałem z prawa do wypowiedzi i w pierwszej części obrad, tuż przed przerwą zabrałem głos (patrz poniżej).

W zasadzie wszyscy (z nielicznymi wyjątkami) mówcy byli zgodni i stawiali podobną diagnozę, wskazując na konieczność ochrony całego krajobrazu, a nie tylko jego poszczególnych elementów, na brak ładu przestrzennego i planowania przestrzennego i wszechobecną ekspansję brzydoty oraz reklam. Padały wnioski pilnego opracowania i przyjęcia polityki krajobrazowej, spójnych standardów planowania przestrzennego, przywrócenia ministerstwa planowania przestrzennego oraz wdrożenia Europejskiej Konwencji krajobrazowej (to ja). 

Część wystąpień (w tym moje) zostały zamieszczone w broszurowej publikacji przygotowanej dla uczestników debaty. W przyszłości ma być przygotowana książka zawierająca wszystkie wygłoszone i przysłane wypowiedzi.

 Poniżej moje uwagi opublikowane w broszurze towarzyszącej spotkaniu (część z nich  - zanzoczne tłustym drukiem - wygłosiłem w trakcie debaty, lecz by się nie powtarzać, użyłem częściowo innych przykładów):

Jako przedstawiciel stowarzyszenia działającego na rzecz krajobrazu, zajmującego się w równej mierze ochroną dziedzictwa kulturowego jak i przyrodniczego, mającego doświadczenie zarówno w kontaktach ze społecznościami i samorządami lokalnymi różnych szczebli, obecnie również jako przedstawiciel Komitetu Inicjatywy Obywatelskiej (mającego na celu zmianę ustawy o ochronie przyrody i zmianę przepisów w zakresie tworzenia parków narodowych), a równocześnie prywatnie, z żoną, jako właściciel 6 zabytkowych drewnianych budynków translokowanych do wpisanej do rejestru zabytków „Osady kulturowej w Kadzidłowie”, pragnę podzielić się kilkoma uwagami wynikających z tych doświadczeń

1.

Brak jest całościowej ochrony krajobrazu, a chronione są tylko jego poszczególne elementy. Chroniony jest krajobraz „charakteryzujący się wyjątkowym pięknem”, brak natomiast ochrony „krajobrazu ładnego” oraz „obszarów pospolitych”. Prawo ochrony przyrody przewiduje kilka form ochrony powierzchniowej (parki narodowe i krajobrazowe oraz obszary krajobrazu chronionego), które skupiają się na przyrodzie. Prawo dotyczące zabytków przewiduje ochronę „wyróżniających się krajobrazowo terenów z zabytkami nieruchomymi” poprzez tworzenie parków kulturowych.

Planowanie przestrzenne zawężane jest do małych obszarów, jest krótkookresowe, często inspirowane presją inwestorów, stąd plany zagospodarowania w sąsiednich gminach mogą zawierać sprzeczne zapisy dotyczące tego samego krajobrazu. Brak jest kompleksowej kontroli oraz organu odpowiedzialnego całościowo za ochronę krajobrazu – z jego wszystkimi elementami oraz gospodarkę przestrzenną (co jest w Europie ewenementem).[1]

2.

W Polsce odbiór społeczny wszelkich form ochrony jest bardzo zły, a wszystkie formy ochrony powierzchniowej mające w nazwie „park” są postrzegane jako „hamulec rozwoju”. Opina taka powszechna jest także wśród samorządów lokalnych, i dlatego wszelkie inicjatyw zmierzające do ustanowienie nowych „parków” są traktowane jako próba wstrzymania rozwoju i blokowane. Dowodem na to może być nieudana próba powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego, a w skali lokalnej, na Mazurach, niemożność utworzenia od 2004 r. Starowierskiego Parku Kulturowego, mającego chronić unikalny w Polsce i Europie zespół wiosek, świadectwo zanikającej kultury starowierskiej. Przykładem niechęci do nowych form ochrony jest oświadczenie Rady Miejskiej w Rucianem – Nidzie z 30 kwietnia br., w którym stwierdzono, że Rada „sprzeciwia się podejmowaniu przez organizacje pozarządowe działań mających na celu utworzenie Mazurskiego Parku Narodowego” oraz „Rada sprzeciwia się wszelkim działaniom Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej, reprezentowanego przez Pana Krzysztofa Worobca, zmierzającym do zmiany [...] ustawy z dnia 16 kwietnia 2004r. o ochronie przyrody poprzez zniesienie prawa weta jakim obecnie dysponują samorządy lokalne w zakresie tworzenia parków narodowych oraz zmiany ich granic”

3.

Niezbędne jest podjęcie ogólnopolskiej kampanii edukacyjno – uświadamiającej oraz promującej wszelkie formy ochrony (pod patronatem Pana Prezydenta?).

Niezbędne jest wdrożenie Europejskiej Konwencji Krajobrazowej z 20 października 2000 roku, zgodnie z którą „krajobraz przyczynia się do tworzenia kultur lokalnych [bo jest]on podstawowym komponentem europejskiego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, przyczyniając się do dobrobytu ludzi i konsolidacji europejskiej tożsamości.”

Pomimo ratyfikowania w 2004 roku Konwencji przez Polskę, do tej pory nie powstały krajowe dokumenty wdrążające ten dokument do polskiego prawa (czy powinna powstać „ustawa o ochronie krajobrazu”?). Dlatego apeluję o podjecie działań na rzecz całościowej ochrony krajobrazu oraz wdrożenia Europejskiej Konwencji Krajobrazowej, bo jak stwierdzono w jej preambule: „krajobraz jest kluczowym elementem dobrobytu całości społeczeństwa i jednostek”.


[1] Por.: „Żywiołowe rozprzestrzenianie się miast. Narastające problemy aglomeracji miejskich” praca zbiorowa pod red. prof. Stefana Kozłowskiego, KUL – PAN; 2006,

Blog Krzysztofa Worobca

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.