20 sie 2010

 

W Polsce, od 2001 roku nie powstał żaden park narodowy, choć od lat jest postulowane utworzenie m. in Mazurskiego Parku Narodowego. Pomimo wielu obietnic nie został też powiększony Białowieski PN. Ten pat jest wynikiem nowelizacji ustawy o ochronie przyrody, która de facto przyznaje samorządom lokalnym prawo liberum veto. Wystarczy bowiem niechęć źle pojęty interes lokalny jednego tylko samorządu, by wyjątkowe walory o znaczeniu narodowym, europejskim czy nawet światowym nie mogły być skutecznie chronione. A samorządy lokalne nie zawsze kierują się potrzebami ochrony przyrody….

Tym samym władze państwowe nie mogą realizować zapisanych w dokumentach najwyższej rangi strategii krajowych czy zobowiązań międzynarodowych dotyczących ochrony obszarowej i przyroda o wyjątkowej w skali kraju czy Europy wartościach nie może być skutecznie chroniona.

11 sierpnia br. minister środowiska Andrzej Kraszewski, przyznał, że prawo liberum veto w stosunku do tworzenia czy poszerzania parków narodowych przyznane samorządom jest złe. Podobnie uważali jego poprzednicy. Mimo to nikt nie podejmował dyskusji na ten niewygodny temat. Nie pozostało więc nic innego jak uruchomienie demokratycznego narzędzia jakim jest obywatelska inicjatywa ustawodawcza. W tym celu powołany został Obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej ustawy o zmianie ustawy o ochronie przyrody, który przygotował projekt korekty ustawy. W komitecie znaleźli się przedstawiciel świata nauki oraz organizacji pozarządowych. Od początku w pracach Komitetu uczestniczy Stowarzyszenie Sadyba – współtworzyliśmy projekt nowelizacji oraz jego uzasadnienie (w ramach zespołu ds. projektu ustawy w składzie Robert Cyglicki – Greepeace, Andrzej Kepel – Salamandra, Adam Wajrak – G. Wyborcza, Krzysztof Worobiec – Sadyba oraz Mikołaj Pietrzak i Ewa Kałuska – Kancelaria Pietrzak & Sidor ).

Aby obywatelski projekt został rozpatrzony przez parlament, potrzeba było zebrać 1000 podpisów (Komitet zebrał ich ok. 2500), które wraz z projektem ustawy przesłano Marszałkowi Sejmu, który po sprawdzeniu formalnej zgodności wniosku, powinien w ciągu 2 tygodnie zarejestrować Komitet. Tak też się stało, 13 sierpnia br., Grzegorz Schetyna oficjalnie przyjął obywatelski projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie przyrody, w zakresie dotyczącym tworzenia parków narodowych. Od tego momentu mamy 3 miesiące na zebranie i przedstawienie 100 000 podpisów.  

Proponowana zmiana jest prosta i dotyczy artykułu 10 ustawy o ochronie przyrody z 16 kwietnia 2004 roku. Chcemy by zamiast prawa do uzgadniania z samorządami decyzji o utworzeniu czy powiększeniu parku narodowego, wprowadzona została zasada ich opiniowania. Dodatkowo obywatelski projekt nowelizacji ustawy przewiduje także inną drobną, lecz ważną zmianę: minister środowiska, odwołując dyrektora parku narodowego powinien zasięgać opinii Państwowej Rady Ochrony Przyrody (PROP) i podawać powód odwołania. Ma to utrudnić odwoływanie „niewygodnych” dyrektorów parków bez podawania przyczyn, co niestety miało miejsce w przeszłości.

Apelujemy o złożenie podpisu pod projektem ustawy. Ważne: podpisać się mogą tylko obywatele pełnoletni i tylko 1 raz!

Poniżej – do pobrania:

1. Złożona w Sejmie wersja projektu ustawy, z uzasadnieniem.

Obywatelski projekt ustawy

2. Formularz do zbiórki podpisów.

Formularz do zbiorki podpisow

3. Oświadczenie Obywatelskiego Komitetu.

Oswiadczenie Komitetu Obywatelskiego

4. Opinia Państwowej Rady Ochrony Przyrody.

24 lip 2010

.

Na początku XX wieku w społeczności starowierców doszło do rozłamu – część z nich (jednowiercy) powróciła do zreformowanego Kościoła Prawosławnego. Dla ich potrzeb duchownych w 1922 roku została wybudowana w Wojowie cerkiew p.w. Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny.

 Wojnowska cerkiewka, wbrew temu co pisał Wańkowicz, jest bardzo malownicza.

„ Na przygórku nad wsią wznosi się drewniana cerkiewka, tak nieskończenie brzydka, tak trywialna…”- wbrew temu co pisał Malchior Wańkowicz w  „Na tropach smętka” , jest to bardzo malowniczy budynek, pomalowany na biało – niebiesko, z charakterystyczną cebulastą kopułą  i smukłą wieżyczką. Obok znajduje się cmentarz oraz bardzo oryginalna, murowana plebania, z pękatymi kolumnami zdobiącymi wejście i blaszanym, niewielkim cebulastym zwieńczeniem dachu.

Na pierwszym planie plebania, w głębi cerkiew (z wieżyczką inną niż obecna),  tuż obok, po prawej stronie budynek łaźni czyli bajnia. Fotografia z  lat 20-tych XX wieku.

Obecnie budynek ten jest siedzibą prawosławnego zakonu żeńskiego. Założone przez filiponów wioski mające wspólną historię, architekturę i tradycje, do tej pory zachowały swój wyjątkowy koloryt i odmienność. Ich wyróżnikiem są przede wszystkim obiekty sakralne: klasztor, świątynie i cmentarze oraz stosunkowo licznie, dobrze zachowane obiekty budownictwa drewnianego, z unikalnymi w tym terenie bajniami.

Tradycyjna bajnia nad Krutynią w Wojnowie.

Większość wiosek ma też dobrze zachowany, mało przekształcony układ przestrzenny. Poza tym to jedyne tak zwarte skupisko wiosek starowierskich w Polsce (w suwalskim są one bardziej rozproszone), a ich dodatkowym walorem jest malownicze położenie w pobliżu rzeki Krutyni. W ostatnich latach obserwujemy jednak zatrważająco szybką metamorfozę wsi – zanik tradycyjnego, drewnianego budownictwa mieszkalnego oraz ingerencją w tradycyjny układ wsi chaotyczną zabudową, co grozi bezpowrotną utratą unikalnych w skali Polski i Europy wartości. By chronić ten unikalny krajobraz Stowarzyszenie „Sadyba” w 2004 r. wystąpiło z propozycją utworzenia „Starowierskiego Parku Kulturowego”.

Tytułowa strona  „sadybowej”  ulotki.

W celu propagowania tej idei Stowarzyszenie wydało ulotkę „Ratujmy wioski starowierskie”, uporządkowało cmentarz w Iwanowie, prowadzi prace przygotowawcze: w ramach „Międzynarodowego wolontariatu w ochronie krajobrazu kulturowego Warmii i Mazur” dokumentowane były wioski i cmentarze, została wytyczona trasa pieszo-rowerowa, etc.

Wewnetrzna strona ulotki.

Jednak idea Sadyby nie wywołała oczekiwanego zainteresowania władz lokalnych (gminnych i powiatowych), a więc do tej pory nie ma parku krajobrazowego, muzeum czy choćby wystawy poświęconej starowiercom. Nie została wykorzystana szansa, jaką była możliwość zagospodarowania opustoszałego ratusza w Piszu na umieszczenie w nim (zamiast prokuratury – sic!) Muzeum Ziemi Piskiej, z działem poświęconym historii „starowierskiej kolonii na Mazurach”.

Symboliczne przedstawienie wiosek starowierskich, logo naszej akcji (rys. K. Worobiec)

Mimo postulatów aktywnej społeczności Wojnowa, nie wykorzystano szansy na stworzenie stałej ekspozycji poświeconej tej wyjątkowej społeczności, ich religii, kulturze i zwyczajom w zlikwidowanej szkole w Wojnowie (w budynku dawnej szkoły zamiast wystawy zorganizowano mieszkania komunalne!). Szkoda tym większa, że muzeum czy wystawę taka łatwo zorganizować, ponieważ istnieje bardzo bogata dokumentacja zgromadzona przez profesora Eugeniusza Iwańca, wybitnego badacza religii i kultury starowierskiej ( część tych zbiorów, dotycząca ziemi suwalskiej, nabyło Muzeum Okręgowe w Suwałkach)! Póki nie za późno. może warto jednak zatroszczyć się o mazurską część zbiorów prof. Iwańca? Czy historię „mazurskich” starowierców zamiast w Piszu czy Wojowie będziemy oglądać w Suwałkach? 2 czerwca br. w Urzędzie Marszałkowskim w Olsztynie odbyła się konferencja poświęcona ratyfikacji przez Polskę Konwencji UNESCO z 2003 roku o ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jej organizatorzy chcieli zwrócić uwagę władz województwa na ogromną szansę promocyjną (przekładającą się na wymierne korzyści ekonomiczne) jaką dla regionu stwarza fakt istnienia przebogatego dziedzictwa kulturowego. Takim bogactwem jest niewątpliwie religia i kultura starowierskiej wspólnoty na Mazurach. Szkoda więc, że olsztyński Urząd Marszałkowski nisko ocenił planu zorganizowania konferencji naukowej pt. „180- lecie starowierskiej kolonii na Mazurach” (adresowanej zarówno do osób, które profesjonalnie zajmują się religią i kultura starowierców, oraz krajobrazem kulturowym i jego ochroną, jak również do przedstawicieli samorządów, oraz mieszkańców regionu, a zwłaszcza wiosek założonych przez starowierców w tym samych starowierców) i nie przyznał dotacji na ten cel…

09 lip 2010

.

W tej enklawie religijnej istniały trzy klasztory (czwarty znajdował się nieco dalej, w okolicy  Spychowa, a więc poza zwartym obszarem znajdującym się w pobliżu wioski Ukty)  i pięć świątyń. Męski klasztor znajdujący się na północ od wsi Onufryjewo spłonął w II połowie XIX wieku . Pozostałością po nim są mocno już zatarte zarysy fundamentów oraz leżący w onufryjewskim lesie kamień z wykutym ośmiokończastym krzyżem. Mało wiadomo jest o położonym nieopodal Wojnowa żeńskim klasztorze na Majdanie. Jest on  zaznaczony na mapie z 1905 roku i wiadomo, że spłonął od uderzenia pioruna już na początku XX wieku.

Wojnowo – jedyny w Polsce klasztor starowierski.

Trzeci klasztor – pod wezwaniem Zbawiciela i Trójcy Świętej – powstał w roku 1847 w Wojonowie, w miejscu pustelni nad jeziorem Duś. Klasztor – początkowo męski, od 1884 roku aż do śmierci ostatniej mniszki w roku 2005 żeński – już od końca XIX wieku stanowi atrakcję turystyczną i „przyczynia się do wzmożenia ruchu turystycznego w powiecie”.

Wojnowo, furta klasztorna, w głębi Jezioro Duś.

Obecnie ten jedyny w Polsce tego typu zespół (całość jest wpisana do rejestru zabytków) obejmujący klasztor z molenną, dom zakonny, 2 domy furtialne, bramę, budynki gospodarcze i cmentarz przyklasztorny znajduje się w rękach prywatnych i nie pełni już roli sakralnej lecz mieszkalną i turystyczną. Udostępniona do zwiedzania molenna klasztorna jest najstarszą i najlepiej zachowaną w Polsce i posiada ciekawy zbiór ikon. Niestety wraz ze wzrostem liczby turystów następuje coraz szybsza zamiana sacrum na profanum czego przykładem jest choćby przekształcenie cel zakonnych w pokoje gościnne, oraz biwaku obok przyklasztornego cmentarza. Te zmiany przekształcające pierwotne funkcje całego założenia i brak należytej opieki konserwatorskiej przy braku funduszy na utrzymanie zespołu (bez dotacji utrzymanie klasztoru przerasta możliwości osób prywatnych) wpływają niestety negatywnie na obraz całości. 

Wojnowo – molenna z 1921 roku oraz  charakterystyczna, drewniana zabudowa wsi. 

Z pięciu świątyń starowierskich pozostały dwie: klasztorna oraz wiejska, w centrum Wojnowa, wybudowana w miejscu spalonej drewnianej molenny z 1840 roku. Wybudowana w 1921 roku z czerwonej cegły, z zewnątrz bardziej przypomina kościół ewangelicki niż świątynię starowierską. Molenna jest nadal używana przez niewielką już grupkę wyznawców starej wiary: na nabożeństwa odprawiane przez nastawnika przychodzą głównie kobiety z dziećmi ( łącznie około 10-15 osób).

Kamień nagrobny z krzyżem na cmentarzu w Osiniaku.

Cennym świadectwem i czytelną pozostałością po znikającej religii oraz istotnym elementem krajobrazu kulturowego, wyróżniającym ten teren od pozostałej części Mazur, są starowierskie cmentarze. Znajdujące się na nich najstarsze, zapewne jeszcze z XIX-go wieku, groby opatrzone są płaskimi kamieniami, częściowo ociosanymi, na których wykuto krzyże starowierskie. Ponieważ nie posiadają wykutych dat i nazwisk, nie wiadomo kto i kiedy został pod nimi pochowany. Brak też najstarszych krzyży drewnianych – religia starowierców nie pozwalała na podnoszenie czy naprawianie przewróconych ze starości lub uszkodzonych drewnianych krzyży, które przewrócone uległy naturalnemu rozkładowi (ryc. 10). Na omawianym terenie znajduje się 9 cmentarzy starowierskich. Dwa z nich znajdują się w Wojnowie, nieopodal klasztoru, malowniczo położone nad brzegiem jeziora Duś.

Cmentarz przyklasztorny w Wojnowie.

Niewielki cmentarz przyklasztorny, z białymi drewnianymi krzyżami stanowi miejsce pochówku mniszek (dysonans w całym założeniu stanowi potężny, niedostosowany bryłą grobowiec świeckich spadkobierców klasztoru pp. Ludwikowskich, którzy opiekowali się ostatnimi mniszkami). Nieco dalej, na wzgórku, znajduje się rozległa nekropolia wiejska, na której chowano osoby świeckie. Poza tym duży i zadbany cmentarz znajduje się w Gałkowie, mniejsze w Onufryjewie i Kadzidłowie – wszystkie one są nadal używane.

Jeden z najmniejszych – cmentarz w Iwanowie, zosatał uporządkowany i ogrodzony przez wolontariuszy.

Niewielkie i opuszczone cmentarze znajdują się w Śwignajnie (Ładne Pole), Osiniaku i Iwanowie. Ten ostatni, najmniejszy a zarazem najbardziej zaniedbany, został w 2007 roku uporządkowany przez wolontariuszy Stowarzyszenia „Sadyba” w ramach „Międzynarodowego wolontariatu w ochronie krajobrazu kulturowego Warmii i Mazur.  

cdn…

 

19 cze 2010

 

180 lat temu, 7 czerwca 1830 roku rozpoczął się nowy rozdział historii Mazur: tego dnia w okolicach jeziora Bełdany i wsi Wejsuny osiedlił się Onufry Jakowlew Smirnow, przybyły ze wsi Pogorzelec w dawnym powiecie sejneńskim. Za nim podążyli inni gospodarze, którzy wraz z rodzinami osiedlili się po sąsiedzku, zakładając wioskę nazwaną – na cześć pierwszego osadnika: Onufryjewo. W latach 1830-1832 przybyli następni osadnicy, zakładając nieopodal rzeki Krutyni i wsi Ukta wsie: Wojnowo, Gałkowo, Iwanowo, Kadzidłowo, Mościska (Nikołajewo), Ładne Pole (Śwignajno), Piaski, Piotrowo-Osiniak i Zameczek. Tak powstała „rosyjska kolonia” założona przez społeczność o odmiennym wyglądzie, religii i zwyczajach, a tymi XIX-wiecznymi „kolonizatorami” Wielkiej Puszczy (Grosse Wildniss) byli starowiercy.

„Rosyjska kolonia”  na Mazurach - zwarta grupa wiosek założonych w XIX wieku na terenie obecnej gminy Ruciane-Nida. 

W 1667 roku w rosyjskim kościele prawosławnym nastąpiła reforma: za sprawą patriarchy Nikona skorygowane zostały Biblia i księgi liturgiczne – nastąpiło „oczyszczenie z brudów nieuctwa” ksiąg przepisywanych przez niewykształconych mnichów, wprowadzono unifikację obrzędów liturgicznych (np. chrzest przez trzykrotne zanurzenie w wodzie zamieniono na pokropienie lub polewanie wodą) oraz symbolicznych gestów religijnych (np. trójpalcowy zamiast dwupalcowego sposobu czynienia znaku krzyża).

Symbole nowego i starego obrzędu na rycinie z ok. 1800 roku.

Nakazano też zebrać stare ikony malowane „na polski wzór” (czyli z zachodnimi naleciałościami), które niszczono lub zeskrobywano z nich twarze. Dla prostego ludu wierzącego w cudowną moc ikon było to świętokradztwem. Nic więc dziwnego, że reforma Nikona spotkała się z gwałtownym protestem wiernych, który doprowadził do rozłamu (schizmy): od zreformowanej cerkwi prawosławnej popieranej przez państwo, odłączyła się aż 1/3 wiernych, zwolenników „starej wiary” nazwanych z tego powodu starowierami, starowiercami, staroobrzędowcami lub od imienia pustelnika Filipa – filiponami. Odszczepieńcy (raskolnicy) nie uznawali nowych ksiąg, stanu duchownego czy też przysięgi wojskowej, małżeńskiej i duchownej. Z sakramentów uznawali tylko chrzest i spowiedź. Poza tym nie uznawali także tytoniu, wódki, herbaty, nazwisk, ksiąg chrztów i zgonów, nie strzygli bród i włosów etc. Popierające reformy Nikona państwo rosyjskie było wrogo nastawione do starowierców, dlatego byli oni prześladowani, torturowani, skazywani na zsyłkę, a nawet na śmierć. Represje te zmusiły starowierców do emigracji m. in. na zachód i w ten sposób część z nich dotarła na Mazury.

Przymusowe obcinanie brody starowierowi, drzeworyt z ok 1760 roku.

Dziewicze tereny Puszczy Piskiej, z dala od ludzi i cywilizowanego świata, były idealnym miejscem osiedlenia dla szukających schronienia i spokoju prześladowanych w swojej ojczyźnie starowierców. Fryderyk Wilhelm III rozporządzeniem z 5 grudnia 1825 zezwolił, aby „ chłopi czynszowi należący do grecko-chrzescijańskiego odłamu filiponów, którzy osiedlą się na nieuprawianych gruntach na Litwie lub w Prusach wschodnich i te nie wykarczowane grunty zakupią, zostali zwolnieni z obowiązku służby wojskowej w pierwszym pokoleniu”. W ten sposób władze pruskie zyskały kolonizatorów, którzy przyczynili się do zagospodarowania dzikich terenów. Osiedlanie się w puszczy pociągało za sobą konieczność ciężkiej pracy, ale osadnicy okazali się wyjątkowo pracowici i z „szybkością graniczącą z niemożliwością” jak pisali im współcześni, wycinali i karczowali lasy, zamieniając przyznane im tereny w ziemię rolną. Jak opisuje nadleśniczy Eckert[1] – starowiercy na początku budowali prowizoryczne schronienia „ w ziemi i ponad nią, by się chronić przed burzową pogodą”, a dopiero po przygotowaniu pól uprawnych, z nieociosanych bali wznosili budynki mieszkalne i gospodarcze (z czasem nauczyli się stawiać budynki z bali ociosanych). Charakterystycznym elementem wsi starowierskich, który przetrwał do czasów współczesnych są bajnie (banie) czyli łaźnie parowe. Wszystkie wsie „składały się z domów drewnianych budowanych z zaokrąglonych połączonych bali, których końce werżnięte były jeden w drugi. Miały one okna małe i drzwi wprost nieprzyjemne […] w pobliżu mieszkań  budowali ruską łaźnię parową gdzie ciasny pokój był mocno rozgrzewany piecem a na nim ściek wody wytwarzał parę[2]. Bajnie mogły być jednoczęściowe lub składające się z niewielkiej sieni (szatni) i łaźni właściwej. Tradycja zażywania „ruskiej sauny” jest jeszcze żywa, choć nie przestrzega się już tradycyjnych zwyczajów (zakazane było kąpanie się po zachodzie słońca, w określone dni, z innowiercami ani nawet z małżonkami).

Scenka rodzajowa – rodzina starowierska przed domem.

Odmienność językowa, religijna, kulturowa i etniczna sprawiała, że starowiercy i ich wioski od początku budziła zainteresowanie, dlatego „ oglądali ich Niemcy jako curiosum. Przybysze na przykład nie mieli ani jednego guzika, uważając guzik za wynalazek diabelski[3]

Wsie przedstawiają typ odmienny, a dla niemieckich filistrów, na których słowo „Russen” wywierało wpływ magiczny, były osobliwością pierwszego rzędu”.[4] 

 Melchior Wańkowicz opisując swój pobyt w 1936 roku w Wojonowie zwrócił uwagę na ten odmienny wygląd wsi: „wchodzimy na wiejską ulicę, z której obu stron stoją rosyjskie budowane na ‘zrąb’ izby. Kobiety w chustach rosyjską modą zawiązanych pod brodą stoją po zapłonkach. Mężczyźni mają capie bródki i u wielu z nich uderza typ podmongolizowany  […] W miejscowej oberży znajdujemy imponujących brodaczy, którzy siedzą na ławach, z powagą gładząc brody. Oberżysta mówi z nami po rosyjsku”.[5]

cdn….


[1] nadleśniczy Eckert pośredniczył między władzami pruskimi a starowiercami – od jego nazwiska Wojnowo nazwano Eckertsdorf,

[2] Albert Zweck, Mazury, Łomża 2004,

[3] jw.,

[4] Mieczysław Orłowicz, Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii, 1923, reprint Olsztyn 1991,

[5] Melchior Wańkowicz, Na tropach smętka, Warszawa 1980,

01 cze 2010

Kilka dni temu, 26 maja br. przy drogach leśnych w Puszczy Piskiej odbyło się uroczyste odsłonięcie czterech tablic informacyjnych. Niby nic wielkiego, ot, cztery kolejne tablice… jedne z wielu setek tysięcy tablic, szyldów, bilbordów etc. zalewających miasta, wioski i krajobraz. Ale te cztery tablice nie zachęcają do kupna czegoś nowego, nie reklamują niczego zbędnego, ale namawiają do… refleksji nad historią i przemijaniem.

 

Montaż tablicy informującej przy cmentrzu w dawnej hucie Wądołek.

Ustawienie tych tablic – owoc udanej współpracy 2 organizacji pozarządowych, instytucji kultury oraz przedstawiciela Skarbu Państwa – to symboliczne zamkniecie pierwszego etapu programu „Zaginione wioski Puszczy Piskiej”, realizowanego we wsiach, które po 1945 roku zostały rozszabrowane i rozebrane i w ten sposób zniknęły najpierw z krajobrazu, potem z map i  powoli z pamięci….

Kroniki nie mówią o zagubionych wsiach. Wśród jezior i bagien owej wschodniej krainy położone są te wsie z szarymi dachami i ślepymi oknami, ze studniami z żurawiem i kilkoma dzikimi gruszami na kamienistych miedzach. Otacza je wielki bór, wysklepia nad nimi wysokie niebo z ciężkimi chmurami, między rozpadającymi się płotami biegnie piaszczysta droga. Wychodzi z rozległych lasów i znów wśród nich ginie. Chodzi nią listonosz, jeszcze ciężej żandarm, czasami pochód weselny barwny i hałaśliwy przeciąga po głębokich koleinach.

 [...] Są tak małe, że nazwy ich widnieją tylko na mapach, których używa żołnierz podczas manewrów, a i to nie jest pewne. Nazwy te brzmią obco i smutnie, bywają to nawet dawne nazwy, lecz już poza granicą powiatu nikt ich nie zna. Są niby mogiły z czasów dawno zapomnianych wojen, zapadłe, z zatartymi napisami. (Ernst Wiechert, Dzieci Jerominów).

Te słowa pisarza urodzonego w Puszczy Piskiej, stały się mottem projektu „Zagubione Wioski Puszczy Piskiej”, którego celem jest:

-   „przywrócenie do krajobrazu” czyli uczytelnienie śladów nieistniejących już wiosek, ich  inwentaryzację oraz porządkowanie cmentarzy,

-    utrwalenie pamięci po zagubionych wsiach, poprzez ich opisanie oraz wydanie mapy  turystycznej, folderów i publikacji książkowej,

-    upowszechnienie wiedzy na temat krajobrazu kulturowego terenu Puszczy Piskiej poprzez aktywną opiekę nad dziedzictwem kulturowym wraz z jednoczesnym popularyzowaniem idei wolontariatu,

-   stworzenie atrakcyjnego, dobrze oznakowanego szlaku turystycznego.

 Uroczyste ”odsłonięcie”  tablicy w miejscu,  gdzie była wioska Sowiróg, którą Ernst Wiechert opisał w książce „Dzieci Jerominów”.                                                                                 

Usiłuję zatrzymać ślady tego, co odchodzi nie dlatego, że jest lepsze, ale dlatego, ze jest niepowtarzalne, a stać może się przydatne człowiekowi określającemu swoje miejsce w łańcuch życia, co musi czynić codziennie od nowa….(profesor Andrzej Strumiłło).

3-letni projekt jest realizowany zgodnie z czterostronnym porozumieniem zawartym pomiędzy Stowarzyszeniem „Sadyba”(pomysłodawcą i inicjatorem projektu), Fundacją „Borussia”, Krajowym Ośrodkiem Badań i Dokumentacji Zabytków w Warszawie oraz Nadleśnictwem Pisz. Od 27 lipca do 8 sierpnia 2009 roku zrealizowaliśmy 1-wszy etap projektu: 22-osobowa grupa wolontariuszy z Polski, Niemiec i Rosji pracowała w dwóch  najbardziej znanych  „zagubionych wioskach”: znanym za sprawą wielkiej literatury Sowirogu, w którym Ernst Wiechert umieścił akcję najbardziej znanej jego powieści oraz w Wądołku,  „przemysłowym centrum” Puszczy Piskiej, z niegdyś największą w Prusach Wschodnich hutą żelaza.

Jedna z tablic została ustawiona w Wądołku, tam gdzie znajdowała się kiedyś największa w Prusach Wschodnich huta żelaza.  

W ramach 1-wszego etapu projektu zostały uporządkowane i zinwentaryzowane 2 cmentarze: w Wądołku i Sowirgu (wycięto krzaki i drzewa, oczyszczono i poustawiano poprzewracane nagrobki, ogrodzono cmentarz w Wądołu) oraz uczytelniono układ wsi Sowiróg (poprzez wycięcie drzew i krzewów zarastających główną wiejską uliczkę i groblę prowadzącą do przystani rybackiej). W obu byłych wsiach ustawiono drogowskazy pokazujące drogę na cmentarze, a 26 maja br. przy obu osadach zostały ustawione 4 tablice informujące w języku polskim i niemieckim, że tu gdzie teraz szumi las, 60 lat temu mieszkali ludzie. W następnych latach przewidziane jest porządkowanie kolejnych zagubionych wiosek, wytyczenie i oznakowanie szlaku pieszo-rowerowego, przygotowanie folderów, map oraz przygotowanie publikacji książkowej.

Uczestnicy uroczystości: organizatorzy, wolontariusze i uczniowie ze szkoły w Piszu, pozują do pamiątkowego zdjęcia przy tablicy stojącej przy cmentarzu w Wądołku.

Chaty się rozpadały, osiadały dachy, wielokroć przechodziła nad nimi wojna i mór, mord i ogień, tak że jedynie zwęglone kikuty kominów godziły w czarne niebo. Zawsze jednak ktoś to przeżywał [...] Od niego brało początek odrodzenie, on strzegł również prawa. Ginęli chałupnicy, dzieci, bydło, lecz wieś nie ginęła.. (Ernst Wiechert, Dzieci Jerominów).

W przypadku wsi położonych na południowym krańcu Puszczy Piskiej słowa Wiecherta nie sprawdziły się. I choć ich odrodzenie nie jest możliwe, pozostała jednak pamięć o nich, są też  strażnicy tej pamięci. Liczba tych, którzy strzegą prawa powiększyła się znacznie 26 maja. Reprezentanci wolontariuszy z trzech państw, ci którzy ubiegłego lata poświęcili swój czas wolny na porządkowanie zapomnianych cmentarzy, tego dnia przekazali młodzieży szkolnej z Pisza, pieczę nad zanikającymi już śladami ludzkich osad. W ten sposób uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego w Piszu symbolicznie przejęli odpowiedzialność za strzeżenie pamięci o zagubionych wioskach i ich mieszkańcach…

Ta tablica została ustawiona przy cmentarzu w Sowirogu, uporządkowanym przez wolontariuszy latem 2009 roku.

15 maj 2010

 

.

Z wielką satysfakcją informuję, że prawie po 6 latach naszych starań zostanie przywrócona kontrola wycinek drzew przydrożnych!

29 kwietnia br. Sejm przyjął projekt zmiany ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko oraz niektórych innych ustaw. W projekcie tym znalazły się m.in. poprawki dotyczące ustawy z 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody w zakresie dotyczącym wycinek i pielęgnacji drzew. Dzięki tym poprawkom przywrócona zostanie kontrola wycinek drzew przydrożnych! 

Stowarzyszenie „Sadyba” od 2004 r. prowadzi akcję „Ratujmy Aleje”, której celem były: powstrzymanie wycinek alei przydrożnych oraz zmiana przepisów dotyczących usuwania drzew. Jako reprezentant Sadyby 2-ktrotnie brałem udział w pracach sejmowej podkomisji do spraw nowelizacji stosownych przepisów: w 2005 oraz obecnie, w 2010 roku.

W 2005 r. w wyniku współpracy Stowarzyszenia z posłanką Joanną Sosnowską złożony został w Sejmie 1-wszy projekt nowelizacji przepisów dotyczących usuwania drzew. Sejm powołał wówczas podkomisję do rozpatrzenia projektu nowelizacji, w skład której weszli także przedstawiciele organizacji pozarządowych: Zenon Kruczyński z Polskiego Klubu Ekologicznego oraz piszący te słowa. Wypracowany przez nasz zespół projekt ustawy został 6 lipca 2005 r. przyjęty przez Komisję Ochrony Środowiska, ale niestety nie doszło do jego głosowania, bo w sierpniu… Sejm przedterminowo zakończył swoją kadencję!

 Wiosną 2006 r. poseł Zbigniew Kozak złożył kolejny projekt nowelizacji, opierający się na poprzednim projekcie (opierający się na druku sejmowym 4152, a więc zaakceptowanym przez wszystkie strony i zatwierdzonym przez biuro legislacyjne Sejmu). Niestety Sejm…. po raz kolejny przedterminowo zakończył kadencję.

Perturbacje polityczne sprawiły, że dopiero w 2010 r. doszło do kolejnej próby regulacji przepisów dotyczących usuwania drzew. Tym razem poseł Arkadiusz Litwiński złożył projekt zmiany ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska etc, w tym niektórych przepisów ustawy o ochronie przyrody (druk sejmowy nr 2471). Do rozpatrzenia tego projektu została powołana Podkomisja Nadzwyczajna, ale choć byłem obecny na spotkaniu, gdy nastąpiło powołanie podkomisji, nie zostałem powiadomiony o terminach jej obrad. Prawie w ostatniej chwili (na 2 dni przed zakończeniem prac podkomisji) dojechałem do Sejmu i na posiedzeniu w dniu 2 marca br. zgłosiłem kilka dodatkowych poprawek dotyczących m.in. ochrony koron drzew oraz kontroli i inwentaryzacji usuwanych drzew. Propozycje te uzyskały poparcie wszystkich członków podkomisji (posłów, przedstawicieli rządu, w tym wiceministra Janusza Zaleskiego – Głównego Konserwatora Przyrody oraz Piotra Otawskiego – wicedyrektora Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska etc). Na zwołanym dodatkowym posiedzeniu, w dniu 3 marca, dopracowaliśmy szczegółowe zapisy projektu ustawy i już dzień później, 4 marca br. sejmowa Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa przyjęła sprawozdanie „naszej” podkomisji w sprawie ustawy o zmianie ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie etc.  

29 kwietnia 2010 r. o godzinie 19.43 Sejm przyjął w całości projekt ustawy w brzemieniu proponowanym przez Komisję! Projekt ustawy przyjęto prawie jednogłośnie – w głosowaniu udział wzięło 382 posłów: Za głosowało – 380, Przeciw – 1, Wstrzymało się – 1 ( Nie głosowało – 63 posłów).

Celem ustawy jest m.in. ograniczenie takich wycinek jak ta, gdzie przy mało uczęszczanej drodze gminnej, która nie była modernizowana ani naprawiana, wycięto  lipy i jesiony (drzewa widoczne w głębi też wycięte); Wólka, gm. Ruciane-Nida.

Zgodnie z regulaminem Sejmu projekt ustawy został przekazany do Senatu, który po jego rozpatrzeniu w dniu 12 maja br., wprowadził niewielkie poprawki (druk senacki 860 Z). Teraz ustawa wraca do Sejmu, do ponownego czytania i dalej do podpisu przez p/o prezydenta.  Tym samym już wkrótce obowiązywać będą przepisy zgodnie, z którymi:

-  decyzje organów wydających decyzje o wycince drzew przydrożnych będą uzgadniane z regionalnymi dyrektorami ochrony środowiska,

-  wydający decyzje o wycince drzew przydrożnych będzie musiał najpierw przeprowadzać oględziny w terenie pod kątem występowania gatunków chronionych,

-  chroniona będzie korona drzew, innymi słowy w końcu zabronione będzie tzw. ogławianie   drzew i inne ich okaleczanie. 

Teraz takie „zabiegi pielęgnacyjne”  będą zabronione!

Celem tej nowelizacji nie jest wstrzymanie wycinek wszystkich drzew, lecz przywrócenie kontroli w celu ograniczenia wycinek nieuzasadnionych. Dotychczas usuwanie drzew jest poza kontrolą, a rozmiary wycinek alei są nieznane i trudne do określenia: drzewa wycinają zarządcy dróg krajowych, wojewódzkich, powiatowych, gminnych i nikt nie prowadził całościowej kontroli i statystyk.

15 kwi 2010

10 kwietnia 2010 roku w wypadku samolotowym pod Smoleńskiem zginął Prezydent Rzeczpospolitej Lech Kaczyński wraz z Małżonką oraz 94 osobami towarzyszącymi. Śmierć Państwa Kaczyńskich, najbliższych współpracowników Prezydenta, dowódców wojskowych, dostojników kościelnych, prezesów najważniejszych instytucji państwowych, ważnych osobistości życia publicznego oraz członków rodzin katyńskich to straszna tragedia. Wieczny Pokój daj Im Panie!

To wielka strata dla Polski! Lasy katyńsko-smoleńskie po raz drugi w historii zabrały nam elitę intelektualną, ludzi szlachetnych, mądrych i wielkich patriotów, którzy chcieli oddać hołd zamordowanym 70 lat wcześniej polskim żołnierzom - równie szlachetnym, prawym i oddanym Ojczyźnie. Wszystkie media pokazują nam sylwetki ofiar katastrofy lotniczej: widzimy teraz ludzi prawych, niezastąpionych i sympatycznych. Szkoda, że tak dobrze o nich nie mówiono wcześniej! Dlaczego za ich życia tak mało media pokazywały ich jako sympatycznych i miłych ludzi?!

Marszałek Maciej Płażyński 17 czerwca 2000 roku w Kadzidłowie (obok ja z żoną, w głębi Kacper – Jego syn bawiący się z naszym psem Irtyszem).

Wśród tragicznie zmarłych jest Maciej Płażyński, którego mieliśmy (żona i ja) zaszczyt poznać i przyjemność gościć u siebie. W roku 2000 Pan Maciej – wówczas jako marszałek Sejmu, wraz z żoną Elżbietą i synem Kacprem nocowali na piętrze naszego „białego domku” w Kadzidłowie (dwóch panów z BOR-u spało na dole).

Maciej, Elżbieta i Kacper Płażyńscy w Kadzidłowie, 17 czerwca 2000 r.

Wcześniej razem byliśmy w Praniu na inauguracji sezonu, a po powrocie do Kadzidłowa w czwórkę (Państwo Płażyńscy i my) spędziliśmy długi wieczór przy stole, dyskutując na różne ciekawe tematy (ale o polityce nie rozmawialiśmy). Pan Maciej okazał się sympatycznym i miłym człowiekiem, wbrew temu czego się spodziewaliśmy (znając jego wizerunek ze „szklanego pudełka” pokazującego go jako surowego i poważnego polityka) – nie był „sztywny” ani „ważny”. Był mądrym człowiekiem, bardzo kontaktowym, uważnym słuchaczem interesującym się też naszym i lokalnymi sprawami (sam pochodził z Młynar koło Pasłęka), a przede wszystkim był bardzo miły i sympatyczny (podobnie jak jego żona). Po tej wizycie  w naszej „Złotej Księdze” pozostał wpis:                                                                         „17.06.2000.                                                                                                                                                                                                            Dziękujemy za spotkanie w tym wyjątkowym miejscu.  Życzymy wytrwałości.                                                                                                                                                                                                 Z nadzieją na ponowne spotkanie.                                                                                                                                                               Maciej Płażyński, Elżbieta Płażyńska

Maciej Płażyński, profesor Andrzej Strumiłło (po prawej), Danuta Worobiec (w środku) oraz Ula i Michał Piętakowie w Praniu, 17. czerwca 2000 r.

Do ponownego spotkania doszło i Pan Płażyński (tym razem bez żony) odwiedził nas w marcu 2003 roku. Spędziliśmy kolejny miły wieczór wspólnie z Maciejem Kazienko, Jego wieloletnim asystentem i przyjacielem oraz Jagienką i Wojtkiem Kassem, gospodarzami muzeum w Praniu (których znał z Sopotu). Krótko po tej wizycie Pan Maciej złożył rezygnację ze stanowiska Przewodniczącego Klubu PO oraz z szefa partii (którą opuścił, choć wcześniej ją założył). Żartowaliśmy wówczas, że na tą decyzję wpłynęła rozmowa w Kadzidłowie.

Maciej Płażyński w Kadzidłowie 13. marca  2003 r. Po Jego prawej stronie Wojtek Kass i moja żona, po lewej Maciej Kazienko oraz Jagienka i  Bruno Kass. 

Później kilka razy rozmawialiśmy telefonicznie. Pan Maciej pytał o co u nas, o naszego białego psa (z którym bawił się Jego syn), ale głównie interesował się działalnością Sadyby. Latem 2006 roku Pan Płażyński, wówczas wicemarszałek Senatu, zadzwonił do mnie (jako prezesa Sadyby) i wypytywał o wycinką alei przydrożnych. Chciał pomóc w ratowaniu alei przydrożnych i efektem tej rozmowy było Jego oświadczenie skierowane do ministra środowiska Jana Szyszki, w którym napisał m.in.: „Problem ten [wycinki alei - KW] narasta w ostatnich latach, również w województwie Pomorskim, w którym mieszkam i wymaga szybkiej interwencji poprzez zmiany legislacyjne.  Sprawa była dyskutowana w poprzedniej kadencji Sejmu i niestety, przyjęto niewłaściwe rozwiązanie ustawowe, stwarzające pole do nadużyć i nieodwracalnego niszczenia piękna krajobrazu”. Pod tym oświadczeniem, w którym mowa o „niszczeniu piękna krajobrazu”, podpisało się wówczas 10 senatorów[1].

W 2008 roku Pan Maciej był u nas po raz ostatni. Niestety nie spotkaliśmy się (my byliśmy na urlopie). I już nigdy więcej nas nie odwiedzi….Podczas ostatniego pobytu u nas, w Oberży spotkał przypadkiem swoją koleżankę z sejmowej ławy, posłankę Lenę Dąbkowską – Cichocką. Spotkanie to zaowocowało Ich wspólną interpelacją skierowaną do ministra środowiska w sprawie ochrony alei przydrożnych i podjęcia działań w celu ochrony zagrożonej wyginięciem pachnicy dębowej.

W przerażającej katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła też Senator Joanna Fetlińska, która w 2006 roku (wraz z Anną Kurską) wspierała naszą akcją „Ratujmy Aleje”. Obie Panie apelowały do ministra środowiska Jana Szyszki oraz ministra transportu Jerzego Polaczka o położenie kresu „panoszącej się samowoli” (czyli niekontrolowanym wycinką drzew) i „przeciwdziałanie dewastacji unikalnego w skali Europy krajobrazu pięknych alei wzdłuż dróg Warmii. Mazur, Pomorza, Ziemi Lubuskiej i Podlasia” pytając, jakie rząd planuje postępowanie by doprowadzić do bezpiecznego stanu dróg i zachowania niepowtarzalnego piękna naszego krajobrazu.

W moim kalendarzu zapisałem: poniedziałek, 12 kwietnia 2010 roku, godzina 11.30 spotkanie z Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Dr Janusz Kochanowski, który zainteresowany przedstawionym listownie problemem zaprosił mnie do swojej siedziby przy ulicy Długiej w Warszawie, zginął tragicznie w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem, w drodze do Katynia! Naszego spotkania już nie będzie…

Dzisiaj samolot przywiózł ze Smoleńska ponad 30 trumien – wśród nich ze zwłokami Macieja Płażyńskiego i Janusza Kochanowskiego….   Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie!


[1] Andrzej Person, Ryszard Ciecierski, Marian Miłek, Jarosław Lasecki, Ryszard Górecki (wszyscy PO),  Paweł Michalak, Henryk Górski, Jarosław Chmielewski, Józef Łyczak (wszyscy PiS) oraz wicemarszałek Senatu Kazimierz Kutz,

28 mar 2010

Na Warmii i Mazurach koniec XIX wieku był okresem rozkwitu kolei żelaznej, a koniec XX wieku przyniósł jego stagnację Następuje niszczenie infrastruktury kolejowej: opustoszały stacje, straszą nieczynne wieże wodne, z peronów znikają ostatnie pompy wodne [...] Pozbawione opieki i gospodarza są niszczone przez warunki atmosferyczne, rozkradane przez złomiarzy, rozbierane na cegły, dewastowane bezsensownie. Bezpowrotnie znikają cenne zabytki techniki, pamiątki świetności tamtego okresu, świadectwo rozwoju regionu, który nastąpił dzięki kolei. Nawet tam, gdzie jeszcze pociągi kursują od czasu do czasu, w ramach oszczędności zamyka się dworce kolejowe. Wiele z nich stoi bezpańsko, a jeszcze kilka lat temu służyły podróżnym.”

Tak zapisałem na blogu w kwietniu 2008 roku. Po 2 latach wracam do tematu, ponieważ 23 marca br. w Urzędzie Wojewódzkim w Olsztynie odbyła się konferencja „Uratujmy stare dworce”. Konferencję objął patronatem wojewoda Marian Podziewski, a jej inicjatorką była Elżbieta Mierzyńska – córka kolejarza, autorka akcji „Uratujmy stare dworce”. Temat aktualny i ciekawy, na dodatek była to podobno pierwsza w Polsce konferencja na temat rewitalizacji starych i zaniedbanych dworców kolejowych, dziwi więc, że w mediach (zwłaszcza papierowych) zabrakło szerszej relacji o konferencji (w TVP 3 Olsztyn był krótki news).

Bajkowy dworzec w Budwitach (przeniesiony z Prakwic): niewielki rozmiarami i jednym z najbardziej niezwykłych budynków kolejowych nie tylko na Warmii i Mazurach, ale  i w Polsce.

 W Polsce istnieje ogółem 2641 dworców kolejowych, z tego 1631 jest nieczynnych. W województwie warmińsko- mazurskim mamy 193 dworce, w tym tylko 50 czynnych! Z prostego działania matematycznego wynika więc, że mamy 163 nieczynnych dworców kolejowych, czyli …163 problemy czekające na rozwiązanie! W zdecydowanej większości są to obiekty zabytkowe, trwale wpisane w krajobraz, nierzadko cenne architektonicznie i historycznie. Przykładem może być wyjątkowy dworzec w Budwitach, jeden z najbardziej niezwykłych budynków kolejowych na Warmii, Mazurach i w Polsce, wybudowany w stylu staronorweskim jako „cesarski pawilon powitalny dal Wilhelma II-go (pisałem o tym szerzej na blogu). Niestety pomimo swojej niezwykłości dworzec ten został wpisany do rejestru zabytków – na wniosek Sadyby – dopiero w 2008 roku (!) i nadal czeka na swój szczęśliwy dzień. A cuda się zdarzają, czego przykładem jest wzorowo odnowiony przez pasjonatów i ludzi z wizją zabytkowy, drewniany dworzec Białowieża Towarowa, w której działa znana Restauracja Carska. Niektóre piękne dworce nie miały takiego szczęścia, czego smutnym przykładem jest dworzec w Olszewie koło Mikołajek, który niedawno został rozebrany, (pomimo że był atrakcyjnie położony).

Dawny dworzec carski Białowieża Towarowa, najpierw opuszczony i zrujnowany, a następnie pieczołowicie odrestaurowany przez osoby prywatne, został nagrodzony tytułem  ”Zabytek Zadbany”.

Na konferencji w Olsztynie można było dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy. Jacek Prześluga – Dyrektor  ds. Rewitalizacji Dworców  kolejowych, członek Zarządu PKP S.A., bardzo krytycznie opowiadał o sytuacji starych dworców, bijąc się w PKP-owską pierś za lata zaniedbań (majątek PKP S.A. obejmuje łącznie ok. 35 tysięcy budynków!), ale też pokazywał przykłady udanych rewitalizacji. Na dworcu kolejowym w Kole z inicjatywy samorządu urządzono bibliotekę, salę wystawową oraz miejsca noclegowe. Z kolei w Szamocinie dzięki inicjatywie grupy osób skupionych w Społecznym Stowarzyszeniu Edukacyjno – Teatralnym „Stacja Szamocin” nieczynny i zrujnowany dworzec kolejowy został zamieniony na … salę teatralną. O tym jak Giżycko odzyskało bardzo ładny dworzec opowiadała burmistrz miasta Jolanta Piotrkowska. Giżycko może pochwalić się teraz bardzo ładnym, starannie wyremontowanym za 1,2 milionów złotych przez władze miasta (dzierżawca budynku) dworcem, którym poza kasą i poczekalnią znajduje się …sala wystawowa. Podróżni i mieszkańcy mogą oglądać tam odbywające się wystawy (m.in. wystawę fotograficzną poświęconą alejom przydrożnym). W przyszłości na piętrze mają powstać miejsca noclegowe (hostel). Obok dworca w wyremontowanym za 0,5 mln złotych budynku (własność miasta) urządzono toalety i łazienki. Z kolei Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego opowiadał o realizacji projektu rewitalizacji dworca kolejowego w partnerstwie gmin Schorfheide oraz Drawsko Pomorskie, oraz o siedmiu latach starań, uwieńczonych zdobyciem 600 tysięcy euro (ok. 2,4 milionów złotych) na całkowitą rewitalizację dworca oraz jego otoczenia. W budynku zostaną stworzone biura dwóch organizacji społecznych działających w obszarze ekologii, turystyki i kultury (Naturwacht Brandenburg i Fundacja Nauka dla Środowiska), powstanie informacja turystyczna oraz sala wystawowa o pow. 150 m2. Władze miasta nie tylko chcą wyremontować budynek, ale też łożyć na jego utrzymanie, bo ich zdaniem budynek jest tego warty. Tym bardziej, że miasto będzie miało z tego korzyść, ponieważ dworzec będzie wizytówką miasta! Szkoda, że tych słów nie słyszeli nasi samorządowcy, którzy po przerwie na kawę nie powrócili już na salę obrad (burmistrzowie Pisza i Ruciane-Nida nie dotrwali nawet do przerwy, a akurat dworce w ich miastach wymagają pilnego „liftingu”).

Moja żona, autorka tego zdjęcia, skomentowała je tak: dworzec w Rucianym, choć działający, wygląda tragicznie (jego część pełni funkcję handlową). Podobno burmistrz chciał ten budynek przejąć i przeznaczyć go na mieszkania socjalne…tyle, że bez remontu, na co – na szczęście – nie zgodziła się PKP, która dworca też nie remontuje…. Efekt: dworzec straszy, zamiast witać przyjezdnych…

Konferencja pokazała, że choć sytuacja opuszczonych, starych dworców jest trudna, szansa na ich uratowanie jest, co pokazują cytowane przykłady. Potrzeba „tylko” chęci i dobrej woli właściciela (PKP S.A.), polityków, samorządów i współpracy z organizacjami pozarządowymi. Te ostatnie wbrew pozorom mogą zdziałać wiele, czego przykładem jest działalność stowarzyszenia „Stacja Szamocin” czy Fundacji „Dziedzictwo Nasze”, dzięki któremu na dworcu w Węgorzewie istnieje Mazurskie Muzeum Kolejnictwa.

Dzięki pasjonatom w Węgorzewie działa Mazurskie Muzeum Kolejnictwa oraz…. normalnotorowy pociąg turystyczny, nie będący w strukturach PKP (na razie kursuje tylko w wakacje).

 Możliwości zagospodarowania strych dworców jest wiele, jedną z nich jest utworzenie na dworcach (położonych w turystycznych miejscowościach) punktów informacji turystycznej z prawdziwego zdarzenia, na włoski (toskański) wzór. Opowiadałem o tym w trakcie kończącej spotkanie dyskusji panelowej: są to miejsca wielofunkcyjne, spełniające zadania informacji turystycznych, jednocześnie sklepików z pamiątkami i publikacjami lokalnymi, kawiarenek internetowych, sal wystawowych, miejsc spotkań i centrów lokalnej inicjatywy, a niekiedy biblioteki czy nawet niewielkich muzeów. Oczywiście wymaga to zdobycia olbrzymich środków finałowych, co nie jest rzeczą niemożliwą jak pokazuje choćby przykład Drawska Pomorskiego (póki co takich przykładów nie ma za wiele, a PKP S.A. płaci bankom rocznie …300 milionów złotych  „starego” zadłużenia – dla porównania: średni koszt remontu 1 dworca kolejowego to 3  miliony złotych…).

07 mar 2010

 Do refleksji z podróży jeszcze powrócę. Tym razem stary, ale nadal aktualny temat – czyli o alejach, chrząszczu i unijnych pieniądzach. Powodów jest kilka…

 Drogowcy planują w najbliższym czasie przy warmińsko-mazurskich drogach wojewódzkich wyciąć aż 25 000 drzew przydrożnych (tak wynika z prezentacji Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Olsztynie). Nic dziwnego, że nasilają się protesty mieszkańców, głównie na Warmii, bo tam planowanych jest najwięcej wycinek.

 „Mieszkańcy wiosek pod Jonkowem protestują przeciwko wycince przydrożnych alei. W niektórych wsiach pod petycją, by gmina uznała drzewa za pomniki przyrody, podpisała się zdecydowana większość mieszkańców”. Wycinka drzew przydrożnych w gminie Jonkowo nie po raz pierwszy porusza lokalną społeczność, a za sprawą mediów także szerszą opinię publiczną. Tym razem (w lutym br.) do akcji włączył się Geeenpeace organizując akcję wysyłania do wójta gminy Jonowo i starosty olsztyńskiego apeli o powstrzymanie wycinek drzew przydrożnych. W ciągu 2 dni cyberakcji wysłało ponad 13 000 maili. Protest przyniósł skutek – wycinkę wstrzymano …na razie….Gmina Jonkowo jest wyjątkowa – działa tam prężnie grupa społeczników, którym nie jest obojętna otaczająca ich rzeczywistość, w tym krajobraz.

Dla wielu takie piękne aleje to skarb…

Masowe wycinanie alei przydrożnych do wyjątków nie należą – to już codzienność, swoista specjalność regionalna. Rzadkie są sytuacje, gdy wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast – jako organy ochrony przyrody – odmawiają wydania zgody na usunięci drzew przydrożnych. Tak postąpił wójt gminy Radowo Małe (zachodniopomorskie) w 2008 r., odmawiając zezwolenia na wycięcie 110 drzew rosnących przy drodze nr 147 w miejscowości Troszczyno. Wójt, który otrzymał wówczas dwa pisma mieszkańców – jedno z apelem o wycięcie drzew (podpisane przez 27 osób) oraz drugie z apelem o nie wyrażenie zgody na wycięcie tych drzew (podpisane prze 35 osób) stwierdził, iż drzewa „mają szczególną wartość przyrodniczo krajobrazową spełniają jednocześnie funkcję osłonową” i nie wyraził zgody na ich wycinkę, zwłaszcza „biorąc pod uwagę zapis art. 4 ustawy o ochronie przyrody, który nakłada na Wójta Gminy jako organu administracji publicznej, dbałość o przyrodę, ochronę składników przyrody w tym zieleni na wsiach

Latem 2009 r., po tragicznym wypadku samochodowym, został złożony wniosek o wycięcie 350 drzew rosnących przy drodze Świdnica – Strzegom (dolnośląskie). Wniosek był poparty 1000 podpisów, zebranych przez przyjaciół kierowcy, który zginął na drzewie. Burmistrz Strzegomia po zbadaniu sprawy i oględzinach w terenie nie zgodził się jednak na wycinkę i przychylając się do stanowiska organizacji pozarządowych nakazał zastosowanie takich rozwiązań, by droga była bezpieczna i drzewa pozostały. A że taki metody istnieją, udowadniają nasi zachodni sąsiedzi. W Brandenburgii, o krajobrazie zbliżonym do naszego, z tak samo krętymi drogami i alejami zamontowano 1352 km barierek energochłonnych zabezpieczających pojazd przed zjechaniem z jezdni. Skutek: w latach 1997–2005 liczba wypadków najechania na drzewo zmalała o 33%, a liczba śmiertelnych ofiar tych wypadków spadła z 337 do 110 (czyli aż o 2/3)!

 U nas niestety drogowcy takich metod nie stosują i najchętniej wycinają drzewa – nawet przy drogach o małym natężeniu ruchu. Pod koniec 2009 r. firma przygotowująca projekt przebudowy drogi powiatowej nr 1179N na odcinku Marzewo – Małdyty planowała wycinkę 701 z 709 rosnących tam drzew! Powodem wycinki było przygotowanie tej mało uczęszczanej drogi lokalnej jako trasy… objazdowej na czas przebudowy fragmentu drogi krajowej nr 7 Warszawa-Gdańsk! Mając na uwadze przedłużające się postępowanie administracyjne i groźbę utarty dotacji na inwestycję, wykonawca wycofał się z planów wycinki wszystkich drzew, po tym jak RDOŚ w Olsztynie oraz kilka organizacji negatywnie zaopiniowało plany wycinki.

Wiele warmińskich i mazurskich dróg ze względu nas walory estetyczne, krajobrazowe, kulturowe i przyrodnicze powinno być uznanych jako widokowe trasy turystyczne (na mapach zaznaczane na zielono) – co potwierdziło opracowanie „Waloryzacja i ochrona alei przydrożnych na terenie województwa warmińsko-mazurskiego” sporządzone przez Regionalny Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków w Olsztynie. Taką wyjątkową jest droga krajowa nr 513 N na odcinku Pasłęk – Orneta – Lidzbark Warmiński. Rośnie tam sporo lip i dębów, których pnie mają obwody przekraczające 3 metry! Tymczasem Zarząd Dróg Wojewódzkich w Olsztynie zaplanował tam wycinkę 5400 drzew! Dyrektor ZDW Tomasz Szczyglewski stwierdził: „należy wyciąć większość drzew, które znajdują się wzdłuż jezdni”, ponieważ „droga na całej długości powinna spełniać standardy „krajówki”, a to można osiągnąć tylko przez wycięcie drzew albo poprowadzenie szosy w innym miejscu” dodając „Ja nie mam wyboru i na początku muszę zaproponować tak dużą wycinkę”. Jego zdaniem pozostawienie drzew i ograniczenie parametrów drogi nie wchodzi w rachubę, ponieważ „ eksperci współpracujący z Urzędem Marszałkowskim uważają, że w takim przypadku z pieniędzy unijnych nie można korzystać.”

 

…ale dla niektórych aleja w takiej formie to prawdziwy skarb! 

W piątek (5 marca br.) w Lidzbarku Warmińskim dyskutowano jak chronić aleje, a jednocześnie zadbać o bezpieczeństwo na drogach. Spotkanie zorganizowała Fundacja Zielonych Płuc Polski wspólnie ze starostą lidzbarskim i burmistrzem Ornety, a wzięli w nim udział m.in.: samorządowcy z powiatów Lidzbarskiego, minister Janusz Zaleski (Główny Konserwator Przyrody), Andrzej Muter (NFOŚiGW), Maria Mellin (RDOŚ Olsztyn) oraz piszący te słowa. Powstała grupa robocza mająca przygotować pilotażowy program korzystając z opisanych wyżej doświadczeń naszych sąsiadów: „Chcemy wykonywać szereg zabiegów sanitarnych, wybudować, gdzie należy bariery ochronne, przeprowadzić cały pakiet działań ekologicznych” – powiedział Krzysztof Wolfram, prezes FZPP.

Dokładnie w tym samym czasie Krzysztof Hołowczyc, na konferencji prasowej zwołanej w Muzeum Przyrody w Olsztynie (?!) stwierdził, że: „musimy skończyć z podziałami na tych, którzy kochają drzewa, i tych, którzy chcą je wycinać, co nie znaczy wcale, że nagle pokochał drzewa, bo dodał, iż one są „szalenie niebezpieczne”, zarzucając, iż to z powodu protestów ekologów i lokalnych środowisk w obronie przydrożnych alei „nie wykorzystamy szansy modernizacji dróg za unijne pieniądze” – co jest oczywistą nieprawdą!

Wiemy, że autostrady i dobre, nowoczesne drogi w Polsce od lat powstają w ślimaczym tempie. Dzieje się tak jednak nie z powodu protestów ekologów, lecz z bałaganu organizacyjnego, biurokracji czy złych przetargów (zaskarżanych najczęściej przez tych, którzy je przegrali), różnego rodzaju nacisków….ale głównie z braku pieniędzy. Fundusze na inwestycje ma natomiast Unia, i może je dać, ale jak to zwykle bywa, ten kto daje coś wymaga – w tym wypadku Unia wymaga przestrzegania unijnych strategii i dyrektyw. Zgodnie z ogłoszoną kilka dni temu przez Komisję Europejską strategią rozwoju do 2020 roku jednym z priorytetów Unii jest gospodarka ekologiczna. W strategii tej brak jest natomiast rozwoju dróg (co, jak podaje prasa „wywołało zaniepokojenie Warszawy”). Nie jest nowością, że priorytetem Unii jest ochrona środowiska w tym bioróżnorodności. Aleje to cenne ostoje bioróżnorodności. Liściaste drzewa przydrożne są siedliskiem wielu gatunków chronionych, w tym pachnicy dębowej Osmoderma eremita, gatunku priorytetowego, o szczególnym znaczeniu dla Wspólnoty. Komisja Europejska oraz Trybunał Sprawiedliwości stwierdziły, iż „władze [...] muszą zachowywać równowagę pomiędzy ochroną środowiska naturalnego a zrównoważonym rozwojem turystycznym i gospodarczym oraz prawem mieszkańców do użytkowania swojej własności. Jednakże prawa te nie mogą stać w sprzeczności z długoterminowym zachowaniem w drodze stosowania środków ochrony ścisłej gatunku priorytetowego ważnego dla Wspólnoty”. Dlatego niszczenie siedlisk gatunków priorytetowych jest naruszaniem artykułu 12-go dyrektywy siedliskowej, co obarczone jest poważnymi sankcjami finansowymi, łącznie z cofnięciem dotacji na modernizację drogi, przy której remoncie zniszczone zostały siedliska gatunków chronionych. Mogą być także nałożone wysokie kary, jakie groziły nam w przypadku Rospudy. 

Drzewom przydrożnym przynosi szczęście taki chrząszcz: pachnica dębowa Osmoderma eremita

W grudniu 2009 r. pojawiła się groźba likwidacji alei przy trasie Węgorzewo – Srokowo, gdyż drogowcy planowali wyciąć tam około 1000 drzew. Póki co drzewa stoją, ale jak mówi szef dróg wojewódzkich: „w niektórych obszarach bez wycinki drzew nie ma możliwości tak przebudować drogi, by spełniała konieczne parametry. – Moglibyśmy poprowadzić ją nowym śladem, ale to nie zostało przewidziane w planach, poza tym w okolicy są obszary Natury 2000, więc natknęlibyśmy się znowu na barierę. A jeśli nie zbudujemy drogi, stracimy pieniądze z Unii”. Problem w tym, że gdy drzewa wytnie, to unijne pieniądze też straci, bo połowa planowanej do wycinki alei jest zasiedlona przez pachnicę dębowa. Z obawy przed finansowymi sankcjami wstrzymana została też przebudowa drogi wojewódzkiej z Grudziądza do Rypina (kujawsko-pomorskie). Z kwoty 51,4 mln zł na modernizację jezdni aż 43,7 mln zł pochodziło z unijnej kasy, a „gdyby Bruksela dowiedziała się, że drogowcy zniszczyli larwy chrząszcza, Unia mogłaby cofnąć dotację” i na pewno nie pomogą zarzekania inwestora, że gdy przygotowywał przebudowę trasy, nic nie wiedział o chrząszczach („Gdy opracowywaliśmy dokumentację projektową w 2006 r., nie mieliśmy sygnałów o pachnicy dębowej”), bo niewiedza nie zwalnia z obowiązku przestrzegania prawa (to jakby klient banku, tłumaczył się, że nie wiedział, o konieczności spłaty pożyczki wraz z odsetkami). 

Trzeba modernizować drogi – co do tego jesteśmy zgodni, po to by były bezpieczne i wygodne, ale nie kosztem alei i żyjących tam gatunków chronionych, bo możemy być poproszeni o zwrot unijnych pieniędzy! Warto pamiętać, że przyroda raz zniszczona, nie da się tak szybko naprawić, jak najbardziej nawet dziurawa i kręta droga!

09 lut 2010

 

.Ruszając w podróż stajemy się wędrowcami, jednymi z wielu anonimowych osób przemieszczających się z miasta do miasta, bo jak pisał Claudio Magris:

 „ten, kto podróżuje, pozostaje niezmiennie włóczęgą, obcym, gościem; śpi w pokojach, gdzie przed nim i po nim mieszkali nieznajomi, nie ma własnej poduszki ani dachu nad głową.[…] W podróży, będąc nieznajomym wśród nieznajomych uczymy się być Nikim, pojmujemy konkretnie, że jesteśmy Nikim. To właśnie pozwala w ulubionym miejscu, które stało się niemal fizycznie częścią albo przedłużeniem nas samych, powiedzieć za Don Kichotem: Tutaj wiem, kim jestem.[1]

Może nie do końca jesteśmy włóczęgami bez własnego dachu i poduszki, ponieważ w podróży zawsze mamy własne …książki. Zwykle bierzemy ich dwie torby. W pierwszej przewodniki – ostatnio były to dwa, ogólne bedekery po Włoszech oraz dwa dotyczące samej Toskanii (w tym ulubiony ni to album, ni przewodnik: Franco Cardiniego „Toskania – Pejzaż, historia, sztuka”). Ponadto jeden przewodnik po Grecji oraz, tak na wszelki wypadek, po wyspach greckich i Sardynii (bo przecież do końca nie wiemy gdzie trafimy…). Jak przystało na geografa zabieram  też cały plik bardziej i mniej szczegółowych map, które są przydatniejsze, niż coraz powszechniejsze GPS-y, zwłaszcza gdy cel podróży wybiera się w ostatniej chwili, widząc na przykład drogowskaz z jakąś intrygującą czy znajomą nazwą. W drugie torbie mamy książki zbierane w ciągu roku, z myślą, że podczas wakacji „się je przeczyta”. Bardzo często jest to lektura tematycznie odpowiednia do wojaży. Fundacja Zeszytów Literackich w serii „Podróże” wydaje bardzo interesujące książki, z których wiele (większość) dotyczy Włoch: Pawła Muratowa „Opisy Włoch – Wenecja” oraz „Opisy Włoch – Rzym”,[2] Wojciecha Karpińskiego „Pamięć Włoch”, Adama Szczucińskiego „Włoskie miniatury” czy cytowanego na wstępie Claudio Magrisa „Podróż bez końca”. Na uwagę zasługują książki Muratowa, rosyjskiego podróżnika, pisarza, a przede wszystkim historyka sztuki, który prawie 100 lat temu wyznaczył nowatorski standard pisania o podróżach: bardzo erudycyjny i posługujący się techniką filmowych zbliżeń i oddaleń. Choć od czasu, gdy autor oglądał zabytki Włoch minął już prawie wiek, a w otoczeniu ich zaszły drastyczne niekiedy zmiany, opisy Muratowa pozostają nadal  żywe, ciekawe i inspirujące – dlatego warte czytania. Nic więc dziwnego, że stały się one jedną z najważniejszych lektur polskich teoretyków sztuki i pisarzy takich jaki Jarosław Iwaszkiewicz czy Paweł Hertz.

To lubimy- greckie klimaty ( w tle Monemvasia) i dobra lektura.

Poza serią „Podróże” Zeszyty Literackie wydają równie ciekawe książki warte zabrania w podróż, bo zawierające refleksje i trafne spostrzeżenia podróżników- literatów. Fragmenty z nich były już wielokrotnie cytowane w moich tekstach – jest to choćby trylogia szkiców Zbigniewa Herberta („Labirynt nad morzem”, „Barbarzyńca w ogrodzie” „Martwa natura z wędzidłem”) czy Marka Zagańczyka „Droga do Sieny”, który opisuje krajobrazy wokół Sieny (choć nie tylko tam), a zwłaszcza dolinę rzeki Orci (Val d’Orcia), gdzie przebywamy równie chętnie co autor. W ostatniej podróży towarzyszyły nam także bestseller-owe czytadła pisarza- winiarza Ferenca Mate (niby to żadna wielka literatura, ale bardzo dobrze się czytająca, bo trafnie opisująca toskańską rzeczywistość – krajobraz, ludzi i ich zachowanie) oraz „Wędrówki po Włoszech” Ferdynanda Gregoroviusa. Temu autorowi, mającemu mazurskie pochodzenie, należy poświęcić nieco więcej miejsca.

Ferdynand Adolf Gregorovius urodził się w 1821 roku w Nidzicy (Nibork, niem. Neidenburg) na Mazurach. Jego przodkowie nosili polskie nazwisko Grzegorzewski, a następnie jego zlatynizowaną formę Gregorovius oraz „pieczętowali się herbem przedstawiającym kruka oraz pierścień, podkowę i chorągiewkę na białym i czerwonym polu”. [3] Radca sądowy Ferdynand Tymoteusz skutecznie doprowadził do odbudowy zniszczonego przez wojska napoleońskie zamku w Nidzicy. Jeden z jego synów, Gustaw, walczył w powstaniu listopadowym, drugi  Juliusz, został pruskim pułkownikiem i zasłużył się dla Nidzicy. Zgodnie ze Słownikiem geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich [4] w 1883 roku wydał on w Kwidzynie monografię rodzinnego miasta: „Die Ordensstadt Niedenburg” (str. 276). Największą sławę zdobył jednak  trzeci z braci – Ferdynand Adolf Gregorovius, który po ukończeniu gimnazjum w Gąbinie (niem. Gubinnen) od 1938 roku studiował teologię na uniwersytecie w Królewcu. Po ich ukończeniu oraz wygłoszeniu dwóch kazań, doszedł jednak do wniosku, iż brak mu powołania, dlatego jako doktor filozofii rozpoczął pracę nauczyciela najpierw w Działdowie, a potem w Królewcu. W roku 1852 udał się do Włoch, gdzie na wiele lat osiadł w Rzymie i rozpoczął długotrwałe studia nad średniowiecznymi dziejami tego Wiecznego Miasta. Efektem tych badań stała się publikowana w latach 1859- 1872 ośmiotomowa monografia: „Geschichte der Stadt Rom im Mittelarter” („Historia średniowieczna Rzymu”). Opublikowanie tej monumentalnej monografii sprawiło, że Gregorovius uzyskał sławę wśród europejskich historyków oraz – jako pierwszy Niemiec w historii, tytuł honorowego obywatela Rzymu!  Zainteresowania Gregoroviusa nie ograniczały się tylko do średniowiecznych Włoch. W roku 1889 ukazała się jego „Geschichte der Stadt Aten im Mittelarter („Historia średniowiecznych Aten”).

Jak podaje cytowany już Słownik geograficzny, historyk opublikował ponadto „Geschichte des römischen Kaisers Hadrian und seiner Zeit” („Historia rzymskiego cesarza Hadriana i jego czasy”) oraz „ Die Grabmaeler der römischen Paebste” („Grobowce rzymskich Papieży”), a jego

„mniejsze prace: „Die Idee des Polenthums” i „Polen- und Magyarenlieder” (Królewiec 1848 i 49) tchną wielką sympatią dla Polaków”.

Gregorovius zmarł w 1891 roku w Monachium, a w roku 1913 urnę z jego prochami wmurowano w cokole pomnika, który władze rodzinnej Nidzicy wzniosły na górze zamkowej, by uczcić pamięć jego ojca.

Podróżując od północy Włoch poprzez Elbę, Caprii i Sycylię po Wielką Grecję, czyli półwysep Salentyński na południu włoskiego buta, Gregorovius spisywał historie odwiedzanych krain i miast, notował swoje uwagi i spostrzeżenia, a następnie opublikował je w pięciu książkach pod tytułem „Wanderjahre in Italien” (polskie 2-tomowe wydanie nosi tytuł „Wędrówki po Włoszech”). Książkę tę otrzymaliśmy od przyjaciół – Eli i Roberta T.,  tuż przed wyjazdem do Włoch jako lekturę uzupełniającą i porównawczą. Okazało się, że ten XIX-wieczny opis Włoch jest nie tylko cennym źródłem informacji o historii i kulturze Włoch, ale zawiera też wnioski i refleksje ponadczasowe, dzięki czemu stanowi interesującą lekturę „na drogę”. Dla przykładu – dzięki tej książce poznaliśmy dzieje miasta i portu Tarent w Apulii, ale też… spróbowaliśmy cozze nere, czarnych muszli, z których słynęło miasto, a których hodowle opisywał Gregorovius.

Tarent i Mare Piccolo od wieków słyną z owoców morza…

Wielka zatoka, a zwłaszcza Mare Piccolo, dziś jeszcze słynie z obfitości ryb, a przede wszystkim skorupiaków. Łowi się tu małże przeróżnych gatunków; głównie jednak cozze nere i ostrygi, które plenią się w zdumiewających ilościach. Cozze nere to czarne podługowate skorupiaki, mniej więcej wielkości małego palca, które są ulubioną potrawą ludową; dostarcza się je statkami do wszystkich miast portowych aż po Neapol i Bari.”

 Dzięki lekturze XIX -wicznego opisu podróży spróbowaliśmy tego ludowego przysmaku. Warto było – makaron z muszlami był pyszny!

… a najbardziej znane są czarne muszle cozze nere.


[1] Claudio Magris, Podróż bez końca, Wstęp, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2009;

[2]  to opisy miast wybrane z monumentalnego dzieła „Opisy Włoch” (wydane w Berlinie w 1911, 1912, 1924 r.),

[3] posłowie Pawła Hertza w:  Ferdynand Gregorovius, Wędrówki po Włoszech, 1990, Warszawa, PIW

[4] „Idea Polskości” oraz „Polskie i Węgierskie Pieśni” – za Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, red. B. Chlebowski, W. Walewski wg planu F. Sulimierskiego, 1890, Warszawa: Wł. Wawelski

Older Posts »
Blog Krzysztofa Worobca

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.